Menu

Jestem nudna i dobrze mi z tym!

I piszę nie przejmując się słowami...

Przegrzane serce

kpina_ze_swiata

Nie powinnam słuchać głosu serca. Bo mam chore serce.
Widzisz co się dzieje, gdy pozwalam moim uczuciom się urodzić? Wszyscy cierpią. Jakbym była emocjonalną Rosemary i jej piekielnym kochankiem w jednym.
Miałam już tego dosyć. Tego, że każdy oczekuje ode mnie jakiegoś zachowania. Jej Chłopak chciał się spotkać, wszyscy inni mi zabraniali. I nie wiedziałam już czego chcę. Chciałam tylko spokoju.
Napisałam mu więc, że nie mogę się z nim spotykać, dopóki jest z w związku z Pierduśką.
Proszę. Jakie to proste.
To czego się nauczyłam po tej historii, to walenia prawdy prosto z mostu. Nieważne, że brzmi paskudnie. Gdybym powiedziała to od razu, wiele bólu by się nie przelało.
I wyniosłam z tego kolejną lekcję - by nie ufać zbytnio ludziom. I nie być zbyt szczerą. Bo ktoś perfidny i zawistny nawet prawdę wykorzysta przeciw Tobie.
Niesamowite, za bardzo otworzyłam się na ludzi. Ze skrajności w skrajność - jak nie myszka pod kołdrą, to całodobowy burdel monopolowy.

Aaa i uświadomiłam sobie coś jeszcze. Wciąż manipuluję ludźmi. Nim też, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. Stosowałam starą technikę push&pull - pozwalałam mu zbliżyć się do siebie, by zaraz potem go odepchnąć i znów przyciągnąć. Tak, by namieszać mu w głowie. Udało się.
Tyle że by stosować manipulacje, trzeba być mocnym psychicznie. Inaczej samemu się nim ulega.
Ale cóż. Wyjawiłam mu to, żeby spaść z piedestału, na którym mnie ustawił. Prosto do rynsztoka.

Tak przynajmniej sądziłam. Ale gdy znów się do niego odezwałam - tak, wiem - okazało się, że mu to nie przeszkadza. Drażni go, ale chce to znosić.
A czemu znów do niego przylgnęłam? Bo kiedy obudziłam się wczoraj rano, przypominała mi się rada, którą dostałam kiedyś od czytelnika Kagirinai - już raz za nią dziękowałam, ale muszę znowu. Powinnam zapisać ją na jakiejś karteczce i przykleić obok lodówki, by codziennie na nią patrzeć.
"rób co chcesz, nie rób tego, czego nie chcesz. Jeśli nie wiesz czego chcesz, to rób przypadkowe rzeczy tak długo jak nie mają długofalowych konsekwencji, okaże się po fakcie"
Czy to nie jest najwspanialszy pomysł w historii ludzkości? 
A prawda wyglądała tak, że chciałam do niego napisać. Chciałam, by uspokoił mnie swoim byciem, zadawaniem odpowiednich pytań i słuchaniem.
Ale wieczorem, gdy kolejny dzień spędziłam zaglądając głęboko w oczy ekranowi, dostałam sms od Pierduśki:

"Kurwa mam w dupe twoje uczucia. Masz usunąć całkowicie kontakt do MOJEGO CHŁOPAKA! do mnie tak samo. Trafiłaś na zły okres w moim związku. Życzę Ci tego samego. O ile jakikolwiek związek stworzysz. Usuń wszystko."

I to ponownie mnie zdołowało. Emocjonalna trampolina. I szklany sufit z cudzych emocji.
Tak czy siak, ponownie usiłowałam milczeniem zmotywować go do tego, by zechciał pogadać. Z nią. By się z nią rozstał. I gdy to teraz opisuję, zdaję sobie sprawę, jak często już próbowałam zastosować ten manewr, a potem nie mogłam w nim wytrwać. Jak osoba współuzależniona, która przysięga, że odejdzie, jeśli on znów wypije. Ale woli jego pijane towarzystwo, od wstydliwej samotności. Więc zostaje, a on chla dalej.
Pojechał z nią zerwać. I przysięgam na wszystkie moje kręgi piekielne, począwszy od tych w mojej waginie, jeśli tego nie zrobi, skasuję go z Facebooka i zablokuję mu szczęście ze mną gdzie się da. Jeśli nie dotrzymam słowa, niech te kręgi spalą mnie syfilisem.

Niemoralna prawda

kpina_ze_swiata

Dowiedziałam się dziś, że podrywam chłopaków wszystkich swoich koleżanek.
Cóż, chyba taka kara za żywienie uczuć do jednego.
Goplana powtórzyła mi, co nagadała jej Sylwienna. Że "martwi się o mnie", bo zarywam do chłopaka Pierduśki. I Anielicy.
Nigdy nie narzucałam się chłopakowi Anielicy. Rozmawiałam z nim, bardzo otwarcie i po przyjacielsku. Sylwienna parę razy to widziała. Musiała uznać, że nie potrafię otworzyć ust przed mężczyzną, nie wkładając tam sobie jego chuja.

Zrelacjonowałam to Jej Chłopakowi. Powiedział, że Sylwienna napisała podobno do Pierduśki "jak chcesz wiedzieć, to w czwartek Kpina zaliczyła kolejnego".
Miała na myśli tatuażystę, z którym wreszcie się nie spotkałam. Doskonale o tym wiedziała.
A także o tym, że konwersuję z Jej Chłopakiem. Jestem niemal pewna, że o tym też wspomniała Pierduśce. I dlatego tamta szperała w wiadomościach swojego faceta.

Nie obwiniam o to Sylwienny. To moja wina, ja wiedziałam, że on coś do mnie poczuł, już wtedy, gdy się razem urżnęliśmy. Od początku narzekał przy mnie na Pierduśkę. A mimo to dalej z nim pisałam, choć przeczuwałam, że tak się to skończy. Pozwoliłam na to. Pozwoliłam sobie coś do niego poczuć.
Co powinnam była zrobić? Zignorować te emocje? A on miał udawać, że jest z nią szczęśliwy?

Łudzę się, że może na tych zgliszczach wyrośnie nowa sadzonka. Że teraz szczerze porozmawiają, ona dostrzeże czemu on chciał czmychnąć do innej. Mogłabym jej to wszystko napisać, ale wydaje mi się, że usunięcie ze znajomych to jasny sygnał, że nie chce mnie znać. Poza tym obawiam się jej odpowiedzi. Pełnej złości, goryczy i... prawdy.

Na razie nie potrafię i nie chcę o tym myśleć. Nie mogę też się z nim spotkać.
Nie dlatego, że rodziłoby to plotki. Rodziłoby rzeczywistość. Chorą, okropną rzeczywistość, do której dorysowuję scenografię, jak mały socjopata. Którym jestem.
A nie chcę być.
Potępiaj mnie. Potrzebuję tego.
Bo inaczej pozwolę mózgowi wmawiać mi, że zasłużyłam na tę odrobinę szczęścia. Nawet wymienioną na cudze cierpienie...

Ukradzione bicie serca

kpina_ze_swiata

Jestem złym człowiekiem.
Nie mam już Pierduśki w znajomych. A raczej ona nie ma mnie. Wyrzuciła mnie, po tym jak przeczytała w telefonie swojego chłopaka wiadomości, które wymienialiśmy. I dowiedziała się, że chcemy się spotkać.
Nie odkryła jednak, że wcześniej odwołałam wizytę u niego w celu oglądania filmu. Bo byłoby to jak pójście do kina. Do kina, nie na film. A w tym przypadku na kanapę. Jeszcze lepiej.
Mój kompas moralny wskazał wywłokę. Moim kompasem była Goplana i określiła to jako "totalne kurewstwo".
Trudno się nie zgodzić. Goplana mnie zna, wie że nie umiem utrzymać cipki za majtkami. Gdybym do niego poszła, to na pewno poszłabym z nim. Udawałam, że nie mam takiego zamiaru, ale to kłamstwo.
A to byłby brak szacunku wobec Pierduśki. Więc mu to wyjaśniłam. Zrozumiał.
To właśnie najbardziej mnie do niego ciągnie. Że on rozumie. Mamy tyle podobnych doświadczeń, poglądów, nawet tych chorych. I przy nim nie chcę nikogo udawać. Wcześniej przy facetach starałam się udowodnić, jaka to jestem mądra (Ptasznik) albo robiłam im na przekór, gdy widziałam, że nie akceptują jakiejś mojej cechy (Delfin).

Zaczęliśmy już rozważać nasze opcje. Bo wiedzieliśmy, że nie ma mowy o niewinności. Powiedziałam mu, że jeśli zaczniemy się widywać, na pewno się w nim zakocham. On stwierdził to samo.
Mieliśmy więc do wyboru widywać się potajemnie, co zraniłoby wszystkich. Albo zdusić w sobie uczucia, co wyrządziłoby krzywdę nam obojgu, ale utrzymałoby Pierduśkę w błogiej nieświadomości.
Pozostawał jeszcze jeden manewr, który wypadał najlepiej w emocjonalnej arytmetyce i zraniłaby tylko ją... żadne z nas nie potrafiło jednak tego zaproponować, choć oboje wiedzieliśmy o co chodzi.
Powinien z nią zerwać.
Piszę to po raz pierwszy i czuję się jak śmieć.
Ale on twierdzi, że od dawna nie był z nią szczęśliwy. Że go nie rozumie i nie chce zrozumieć. Że nie może być przy niej sobą tylko maską siebie sprzed sześciu lat. Bo tyle razem byli. Niemal sześć lat.
Śmieć z samego dna kubła.
Nie powiedziałam więc głośno, że moim zdaniem to jedyne sensowne wyjście. Bo kiedy w grę wchodzą dylematy moralne i cierpienie kogoś bliskiego, to sens przestaje cokolwiek znaczyć.
Byłam niemal pewna, że się na to nie zdobędzie. Skoro nawet nieszczęście nie potrafiło go do tego zmotywować, prognozowane szczęście nie mogło tym bardziej.
A mimo to pragnęłam z nim pisać. Dlatego kiedy wieczorem, po całym dniu wymuszonej ciszy spytał mnie czy mogę na razie nic jej nie mówić, nie dałam rady powstrzymać swoich niecierpliwych palców przed kontaktem z nim. Nawet na odległość. To działało i się działo.
Później przyznał mi się, że wiedział co odpowiem. Szukał tylko pretekstu, by znów ze mną porozmawiać.

Wygadałam się o wszystkim Borsukowi, bo wciąż liczył na przygodny seks. A ja planowałam właśnie dłuższą eskapadę. Nie chciałam urazić Borsuka odmową. Poza tym bardzo pragnęłam to z siebie wyrzucić. Dlatego wypaplałam także Królowej Trutni z mojej pracy. Oboje powiedzieli mi to samo - że muszę dokonać wyboru, co jest dla mnie ważniejsze: przyjaźń czy facet. Za każdym razem mówiłam, że chyba już za późno. Bo choć do niczego między nami nie doszło, podjęłam już decyzję. Nie umiałam jednak jej zaakceptować, robiąc resuscytację mojej moralności. Która dawno zdechła. Na syfilis.

Tak czy siak on wciąż z nią był i wciąż pisał ze mną. Nawet gdy przebywał z nią w tym samym pokoju. Głupi, bezczelny błąd. Mężczyźni nigdy nie zrozumieją kobiet. Może dlatego, że trudno jest pojąć, jak pracuje mózg wariatki.
Bo jak inaczej nazwać fakt, że po romantycznej kolacji przy ekranie zdecydowałam się jednak z nim zobaczyć. Nie u niego, nie w nocy. Na neutralnym gruncie. Bez dotykania. Tak po prostu. Spotkać się, poznać.
Naiwny śmieć, kawał przeżutej gumy, zeskrobanej z buta, który wcześniej wdepnął w kupę.
I właśnie o tym spotkaniu ona przeczytała. Przeczytała jego dziecięcą radość i moje zero-jedynkowe rumieńce. Zrobiła mu awanturę. Nic dziwnego. On mi wszystko zrelacjonował, gdy ona leżała na sofie. To już trochę trąci psychiatrykiem. Telenowelą rozgrywającą się w psychiatryku. Valium namiętności, te sprawy.

I wciąż oficjalnie się nie rozstali. To jeszcze bardziej pojebane, a jednocześnie w pełni uzasadnione. Sześcioma latami.
Bezgłowe, śmierdzące truchło ryby, oj wiesz co? Aż tak źle się nie czuję. Powinnam. Wyrzuty sumienia powinny wypalać mi przełyk, podczas rzygania nimi.
Ale wciąż mam dobry nastrój. Bo wciąż konwersujemy.
Karma już ostrzy pazury.
Jestem złym człowiekiem. Złym, szczęśliwym człowiekiem...

Zapach singielki część 3

kpina_ze_swiata

Napisał do mnie kolega Ładnego, z którym się przelizałam. I zaprosił mnie na randkę. Nie spodziewałam się tego. Sądziłam, że podoba mu się Goplana. Ale gdy mu to oznajmiłam, stwierdził, że urzekły go moje oczy.
Jebany bajerant.

I ogólnie dziwny. Rozmowa z nim toczyła się tak, jakby troszkę nie zdawał sobie sprawy z tego, że w niej uczestniczę. W pewnym momencie zadeklarował, że potrzebuje kobiety. Spytałam w jakim sensie, a on na to, że w każdym.
A wieczorem dostałam taką wiadomość:

"Dobranoc piękna... ucalowalbym cie, ale nie mam jak :/"

Koleś, raz Cię widziałam. I nawet nie pamiętam jak masz na imię. Teraz już nie spytam, bo mi głupio. Pójdę z nim na randkę, nie wiedząc jak się nazywa, potem prześpię się z tym bezimiennym, zakocham się w nim, zaciążę i dopiero na ślubie poznam jego tożsamość, gdy urzędnik każe mi go wziąć.

Goplana twierdzi, że on tak tylko gada bo chce mnie zaliczyć. Mężczyźni są śmieszni. Ale to pewnie dlatego, że mają do czynienia z histeryczkami. Ja wrzeszczę tylko w łóżku. I nie cierpię gdy ktoś mnie tak podchodzi, jak harcerz sarenkę. Nie jestem sarenką i nie potrzebuję harcerza.
Nie mam ochoty widzieć się z tym dziwakiem. Tyle że potem będę płakać, że nikt mnie nie chce i tyle czasu nie byłam na randce, że włosy łonowe zaczynają rozprzestrzeniać mi się na nogi. Poza tym gość jest tatuażystą. A ja zawsze lubiłam tatuaże. I nie lubiłam za coś płacić.
A co mi tam, idę!
Spakuję się w moją torbę-wielbłądkę, pełną książki (w autobusie), tabletu (w autobusie, gdyby książka była nudna albo stymulująca do pisania), stroju na imprezę (po randce, znajoma Goplany ma urodziny) i kostiumu kąpielowego oraz ręcznika (rano, po imprezie). I będę przy tym seksowna jak kutas Lucyfera.
Update: jednak nie poszłam, nie chciało mi się myć.

Dobra, zostało mi jeszcze trochę miejsca w tym poście, to go nie podzielę. Tu wrzucę część czwartą: odezwał się do mnie Borsuk. Serio?! Co się dzieje, jakie branie! Czuję się jak Crocsy w Lidlu!
Pyta czy mam ochotę się spotkać. Sama nie wiem.
Był najlepszy. To fakt i największe "za" w tej sytuacji. I chyba jedyne. Bo popatrzmy na przeciw: moja seksualność śpi. Nie wiem czy chcę ją rozbudzać, będzie wściekła i wygłodniała. A Borsuk po dwóch rozłożeniach fotela w samochodzie znów skupi się na nauce, zostawiając mnie na pastwę masturbacji.
A moją pierwszą wątpliwością, gdy zaczęłam to rozważać było spostrzeżenie, że utyłam (wyjdź z mojej głowy, babskie myślenie). A on lubi drobne. Żeby mnie udrobnić trzeba by mi było odciąć większość cycków. I ud. I kości biodrowych. I także, lalala no czego? A brzucha!

Choć prawda podoba mi się jeszcze mniej. W rzeczywistości moja niechęć zarówno do Tatuażysty (Błazenka, pasuje mi tu Błazenek), jak i do Borsuka wynika z faktu, że wraz z Jej Chłopakiem flirtujemy już w sposób otwarty i palący jak ogień, z którym igramy.
A poza tym miałam genialny plan wyswatania Goplany z Borsukiem. Goplana na razie gniewa się na mężczyzn, ale ja czuję, że do siebie pasują. I nie, nie widzę przeszkody w tym, że z nim spałam. Goplana widzi, ale może za kilka dni jej kobiecość da o sobie znać hormonami i dojdzie do wniosku, że pragnie poznać kogoś nowego, nawet jeśli dla mnie jest on już stary (i wypróbowany mryg, mryg)...

Zapach singielki część 2

kpina_ze_swiata

Przelizałam się z obcym kolesiem.
kiss_meNo proszę, jaka ze mnie lafirynda. Kiedy jakiś czas temu zrobiłam coś takiego po raz pierwszy, czego ze wstydu nawet nie opisałam na blogu, uciekłam przed nim do kibla. Siedziałam tam przez dziesięć minut, pytając siebie "Co ja wyprawiam? To takie do mnie niepodobne!". Potem trzęsącymi się rękoma zamówiłam i wypiłam piwo, czekając aż znajdzie mnie Goplana.
Wtedy bardzo tego pragnęłam, tęskniłam za pocałunkami i miałam chcicę. Tego gościa, tego pierwszego, uszczypnęłam w tyłek gdy przechodził. Potem chichotałam jak głupia, gdy wyciągał mnie na parkiet. I jęczałam w ogłuszanie, kiedy złapał mnie za tyłek i pocałował.

Ten ostatnio był inny.
Od początku.
W poniedziałek Goplana miała ochotę poszaleć, a ja jej obiecałam, że się dostosuję. I wiesz co?
W klubach nic się nie dzieje w poniedziałek. Zdumiewające, co?
Poszłyśmy do dwóch. W jednym zapłaciłyśmy po dyszce za wstęp i ulotniłyśmy się, gdy jakiś przychlast w kurtce usiłował nas zaczepić z braku laku.
W kolejnym zrezygnowałyśmy z szastania dwunastoma złotymi, by pogapić się na jakąś żałosną pijaną laskę, która ma swoje pięć minut bez pogardy.
W końcu trafiłyśmy do pobliskiego pubu. Przed wejściem Goplana zapytała dwóch facetów czy w środku jest więcej osób, niż na wycieraczce.
Jeden z nich od razu mi się spodobał, ale nie przylazłam tam by coś wyrwać. Miałam pomagać Goplanie w radosnym upojeniu i bezpiecznym holowaniu do akademika.
Ale ten drugi się dosiadł. A za nim kolejni. I świetnie się nam rozmawiało, choć nie pamiętam ich imion.
Wreszcie, gdy moje cycki widziały już więcej ode mnie, zjawił się ten ładny. Zarywając do Goplany.
Jednakże ona nie lubi obcesowego chwytania za dupę i sterowania własną dłonią w kierunku jego steru. Dlatego zamieniłyśmy się miejscami. I już po chwili wymienialiśmy się smakiem wypitych piw, a także profilami na Facebooku.
Będąc już w akademiku, ponownie podłączona do świata, napisałam do niego. I umówiliśmy się na seks na drugi dzień.
Rano ten pomysł nie przemawiał już do mnie zmysłowym szeptem, starał się raczej uciszyć zgiełk moich myśli.

Ładny miał się odezwać do dwunastej, bo nie mogliśmy znaleźć lokum. Napisał do mnie o czternastej, że niby był "zabiegany".
Ulżyło mi.
Pozbyłam się jednej decyzji.
Bo nie mam chcicy. Moje potrzeby seksualne się wyzerowały. Poza tym nie chciało mi się odmrażać sobie pośladków w swoich niemoralnych majteczkach. I znów tęskniłam za krakersami.
Ale z drugiej strony... to brzmi tak koszmarnie.
Cholera, właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że chciałam się przespać z obcym facetem, tylko dlatego, że odmowa byłaby nudna! Co się ze mną porobiło?
A teraz muszę rozważyć kolejną odmowę. I jeszcze coś, o czym w następnym poście...

Zapach singielki część 1

kpina_ze_swiata

Kiedy pęd mojego życia wywiał już całe eau de desperation, samce zaczęli wyczuwać moje pachnące nawilżeniem feromony. Nawet mimo faktu, że wcale nie zamierzałam ich nimi nęcić. Wręcz przeciwnie - radośnie nudziłam się i pierdoliłam facetów wyłącznie mentalnie. Już ich nie potrzebowałam.
Pojawiło się trzech.

Czterech, jeśli liczyć Jej Chłopaka. Znów ze sobą piszemy. Liczyłam na to, że jeśli przestanę się do niego odzywać, to znajomość zerwie się, jak wszystkie rączki trzymane przez Facebooka.
Dziś do mnie napisał, a ja zdradziłam mu, że chciałabym się zjarać i obejrzeć całe "Gwiezdne Wojny".
Naprawdę mam na to ochotę. Nigdy nie robiłam żadnej z tych rzeczy, więc może być ciekawie. Ale kiedy wpadłam na ten pomysł, natychmiast uznałam, że wspaniale byłoby dzielić to doświadczenie z nim. I teraz pytanie: czy przypadkiem nie wybrałam akurat tych filmów, by oczarować tego nerda moimi międzygalaktycznymi ciągotami (kosmiczny hiszpan)?
Tak czy siak umówiliśmy się na sobotę. Cholera i spocone jaja, co ja wyprawiam.

Zanim jednak do tego doszło, wyjawiłam mu, że nie ufam sobie, bo nie posiadam empatii, moralności, wyrzutów sumienia... i tym podobne teksty na odryw. I stwierdziłam, że możemy się widywać tylko pod warunkiem, że przysięgnie, iż do niczego między nami nie dojdzie.
Przysiągł.
Podejrzewałam, że podziała to na mój mózg, jak włącznik z napisem "To nie!". Moja duma strzeli focha i nawet nie pomyśli o tym, że to dziwne tak leżeć obok faceta i nic nie robić. Bo co w tym dziwnego? Nic. Poza tym, że to nienaturalne dla gatunku homo adolescent.
Ale potem oznajmił, że czuje się wewnętrznie rozdarty.
"Cześć mnie powiedziała w duch "dobrze bardzo dobrze" a druga część powiedziała "wielka szkoda, Wielka szkoda" xD"

Rozsądek wrzeszczał do mnie "nie pytaj, czemu szkoda, nie warto". Ale we mnie też unosił się jakiś duch.
Najstraszniejsza mara, jaką przyszło widzieć światu - babska ciekawość...

" jesteś atrakcyjna i inteligentna kobieta więc szkoda"
Czy Ty to czytasz?!
Jakie to jest niebezpieczne. Stało się takie jeszcze bardziej gdy oznajmił, że mu się to podoba, "wybór między skrajnym dobrem a z skrajnym Nie wiem czy powinienem ale dobra xD".
Mnie też to ekscytuje. I to, że jego również. Lubię zadowalać mężczyzn.
Ale tego nie mogę. Nawet nie "nie powinnam". Nie mogę. Pierwsze przykazanie Kpiny "nie rwij ogórków z nie swojego zagonu".
Przykazanie Kpiny... Nie brzmi to zbyt kamiennie...

No dobra, na razie nieważne. Pomyślę o czym innym. Bo mam o czym...
O czym poinformuję w kolejnym poście, bo jak wiadomo, jesteśmy w Internecie, a tu pierwsze przykazanie brzmi: TL;DR.

PS Usiłowałam już nawet odwieść się od zaliczenia Jej Chłopaka, wmawiając sobie, że pewnie będzie kiepski, bo miał tylko jedną partnerkę... Jak ja, po Słoniu. Doświadczona stałością.
Minęło czterech facetów, a moja technika się nie zmieniła... I to rozkoszne "och" brzmi tak samo we wszystkich ustach... I ja brzmię tak samo we wszystkich ustach...

Na zdrowie psychiczne!

kpina_ze_swiata

Nie mam dziś ochoty wychodzić. Chcę siedzieć w domu i żreć krakersy z serem. Nie cheddarem czy brie, ale z le taniosz. Chcę sprzątać - praca w gastronomii nasrała mi na pedanterię. Chcę odrabiać pracę domową nie na kolanie w autobusie, ale na kolanie w łóżku. Oglądać filmy, szyć, czytać i piec.
Ale nie mogę. Bo obiecałam. Dlatego musiałam powlec swoją dupę seksapilem i władować się do autobusu.
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie powinnam się zmuszać, że jeśli mnie to odrzuca, to ciepłe skarpety tylko czekają na Moją Starość, jak damy dworu Podkołdry.
Jeśli taki ktoś znajduje się właśnie przed tymi słowami, to niech spierdala z tymi swoimi radami.

Bo widzisz, ja kocham siebie. Uwielbiam spędzać ze sobą czas, świetnie się bawię i rozbawiam.
Tyle że, jak niemal każdy, potrzebuję czasem kontaktu z drugim człowiekiem. A jeśli długo ignorujesz wszystkich ze swojego otoczenia, to w końcu przestają Cię otaczać. To w pełni zrozumiałe.
Nie zamierzam wracać do czasów, gdy samotnie zapijałam smutek, a potem wymiotowałam nim na blogu. Bo sama się na niego skazywałam.

Jak już kiedyś wspominałam, jestem toksyczna. Potrafię zadawać się z kimś, tylko jeśli przynosi mi to korzyści i olać go moczem zmieszanym z błotem, gdy ten ktoś przestaje mi być potrzebny.
Tak nie zachowuje się osoba zasługująca na przyjaźń, miłość czy zdrową relację.
Tak zachowuje się socjopata.
I wiem, wiem - jeśli martwisz się, że możesz być socjopatą, to pewnie naditerpretujesz po prostu swój podły charakter.

Ale chodzi o to, że ja już nie chcę być podła. Nie chcę ranić osób, na których zależy mi w chwilach, gdy wracają mi siły socjalne. Nie chcę w ostateczności ranić siebie i zastanawiać się, czemu owijam swoje serce taśmą izolacyjną. Skoro to zawsze boli. Nawet gdy ktoś podejmie wysiłek, by ją zerwać...

A to oznacza porzucenie kalorii, które przytulają się do mnie, po tym jak mnaie zadowoliły. Abdykację ze stolca, popartego zgromadzeniem pierdów. Czas zacisnąć pośladki i zęby, i się kurwa dobrze bawić.
Czasem zdarza się, że nie masz ochoty się gdzieś wybrać, ale gdy już zbierzesz się z podłogi, to nie żałujesz.
Ja zwykle nie odczuwam potem satysfakcji.
Eh... oby zdrowie psychiczne było tego warte...

Powrót na powolność

kpina_ze_swiata

Miałam chęć zachować się jak szmata. Wlałam w siebie środek rozluźniający krocze, byłam akurat w nocy w Warszawie. Jeden sms dzielił mnie od łatwego, szybkiego i niechlujnego seksu. Mokry sen studenta.
Chyba, że student ów akurat pije. Albo śpi. Albo czyta o nordyckiej poezji śpiewanej, jeśli to student polonistyki.
Bo taki ów student posiada mnóstwo znajomych, planów, zainteresowań. Ekspresowe bzykanko interesuje go wtedy, gdy znajomi mają plany.
Dlatego tak naprawdę potrzebowałam dwóch smsów do zamoczenia swoich snów tej nocy - drugiego z odpowiedzią twierdzącą. Wręcz pochwalną.
Istniało wysokie prawdopodobieństwo, że taka wiadomość by nie nadeszła. A to sprawiłoby, że stałabym się żałosna, przynajmniej we własnych oczach.
Trzymając w dłoni telefon decydowałam o tym, kim się stanę. Czy zagłębię się w upodleniu, czy zyskam trochę szacunku do samej siebie? Nie chodzi o to, że go nie mam. Ale byłby to nowy szacunek. Inny.
Wykasowałam swój orgzm i poczułam się dzięki temu świetnie. Rano miałam o to pretensje do samej siebie i całego kurewsko zadowolonego świata, ale przeszło mi, gdy poszłam do pracy.
Gdy w jogurtach nic się nie dzieje, mam czas by pomyśleć. Przynajmniej wtedy, gdy nie jestem na to zbyt zmęczona. A ostatnio nie jestem. Wzięłam mniej zmian. Odmówiłam paru osobom wyjścia na piwo. Bo już tego nie potrzebuję. Zapewne nie zrezygnuję z tego całkiem, skoro już odkryłam jaka to frajda, kiedy w dupę nie uwiera Cię połknięty wcześniej kij.
Ale chodzi właśnie o to,  że już nie muszę tego robić. Mój marazm zagoił się pod plasterkiem szaleństwa. Już nie boję się rozprzestrzenienia.
Wydaje mi się, że się wyszalałam. Skakalałam po materacach, fikałam koziołki i wymiotowałam po wypiciu wszystkich przepracowanych godzin. Marzyłam o tym od połowy mojego związku-spętania. Chciałam użyć życia, poużywać sobie na nim bezwstydnie i z każdej obrzydliwej strony. Osiągnęłam swój cel. I nie żałuję ani chwili.
Teraz mogę wrócić do bycia nudną. Czasami. Tak by to nuda nie zaczęła być mną...

Zdmuchnę emocje...

kpina_ze_swiata

Kurwa mać, dupa i chuj. I kutas na dokładkę. Z jajami. Albo bez, bo jaja świadczą o czymś dobrym.
Tu nie ma nic dobrego.

Wkopałam się. Wkopałam się do rowu. Takiego w dupie. W czarnej dupie.
Piszę do Jej Chłopaka. Bo on pisze do mnie. A dlaczego? Bo chce mnie poznać. Tak po prostu.
A przy okazji narzeka na Pierduśkę - swoją dziewczynę, a moją przyjaciółkę. Piszę to, w razie gdyby ktoś zapomniał. Ja nie zapominam. Jestem tego żałośnie świadoma w każdej sekundzie, gdy pozwalam mu się poznać. I na nią psioczyć. I niespieralnie plamić mi ekran zastanawianiem się, czy warto to ciągnąć.
Jestem najgorszą osobą, którą można o to pytać. Po pierwsze, przyjaźnię się z tą od ciągnięcia. Po drugie, sama zakończyłam związek, a potem zaczęłam dostrzegać jego niedostatki, więc teraz każda bliższa relacja śmierdzi mi moczem. Takim spod porwanego, przywiązanego do kaloryfera.
Po trzecie, moja empatia siedzi w piaskownicy, żre klej i z nikim się nie dzieli. Nie nadaję się do udzielania jakichkolwiek rad dotyczących emocji, uczuć czy ludzi.
Po czwarte, lubię go. Po tych trzech rozmowach, które z nim odbyłam, z czego jedna na wódzie, druga na kacu, trzecia na Facebooku.
I wiesz co? Jest w moim typie.
Szlag.
Nigdy nie postrzegałam go w ten sposób, bo to JEJ Chłopak. Ale takie są fakty.
I dlatego właśnie powinnam natychmiast zaprzestać wymieniania się pytaniami i obustronnym odpowiadaniem "Ja też".
Ehh, dlaczego kiedy wreszcie stwierdzam u siebie gotowość na otwartość pozawaginalną, to pierwszy fajny facet jest zajęty? Moją przyjaciółką.
Trzeba więc go spławić.
Nie chcę tego robić. Nie chcę odrzucać go w jakiś koszmarny, wredny sposób, do którego przywykłam.
Dlatego zamierzam go do siebie zniechęcić. Niech sobie myśli, że to on zdecydował się rozluźnić tę znajomość, zanim się całkiem zawiązała.

Znam dwa sposoby na przygaszenie faceta. Pierwszy to wyrazić chęć zaangażowania.
Mężczyźni uciekają przed tym jak chłopcy przed pocałunkami. Sama też potrafię się przyznać, że natychmiastowo mnie to zraża.
Jednakże w tym przypadku mogłoby to nie zadziałać, bo Jej Chłopak należy do tego dziwnego gatunku Stało-cieplnych. Jak obdarza ciepłem, to na stałe. Taki człowiek-farelka. Wystarczy go podłączyć, a będzie grzał.
Poza tym w tej sytuacji przyznawanie się do uczuć, choćby zmyślonych, mogłoby się dla mnie źle skończyć - gdyby Pierduśka się dowiedziała. Jak bym to wyjaśniła?

Pozostaje więc jeszcze jeden, niezawodny chłopozol.
Powiedzieć, że jest się szmatą.
Żaden koleś nie chce zbliżać się do kurwiszona na odległość mniejszą niż piętnaście centymetrów. Pięć, jeśli jest się pokrzywdzonym przez los.
I tutaj nawet nie musiałabym zmyślać. Wystarczy tylko szczerość.
Choć to chyba jeszcze gorsze...

Usta-usta moralności...

kpina_ze_swiata

Gdy występujesz w liczbie pojedynczej, denerwują Cię liczby mnogie. Wszystkie zdania czy słowa, zaczynające lub kończące się na "my". Trudno zdzierżyć szczęście innych, gdy ich dopełnienie uwidocznia Ci Twój brak.

Dlatego single nie lubią par.
Są jednak wyjątki. Związki siedzące po przeciwnych stronach stołu, by nie kłóć w oczy tym całym dotykiem.
Znam taką parę. Pierduśkę i jej chłopaka.
Do tej pory wydawało mi się, że on mnie nie lubi. Choć zamieniliśmy może ze trzy słowa. Te moje dwa (zapewne "kurwa" i "seks") wystarczyły, by nie chciał słyszeć ode mnie nic więcej.
Ale ponieważ mi i Pierduśce posypały się plany, postanowiłyśmy jechać do jego mieszkania. Upić się. Inicjatywa powiodła się w całości, z uwzględnieniem obowiązkowego, porannego podważania wczorajszych decyzji przy pomocy muszli klozetowej. Zanim jednak do tego doszło, alkohol nam się wyczerpał. Pierduśka, drobna jak szprotka, odpłynęła. A jej chłopak postanowił, że pójdziemy do monopolowego, bo nagle jakoś dobrze nam się gadało.

Zaopatrzeni w żurawinówkę, na myśl o której nadal mi się cofa, szwendaliśmy się, by nie budzić Pierduchy. Przy okazji dowiedziałam się, dlaczego jakiś czas temu Jej Chłopak zapytał mnie na Facebooku, czy mogłabym zainteresować się fizyką. Okazało się, że przeprowadzał "ankietę" wśród znajomych dziewczyn, by odkryć czy to tylko jego go nie słucha. Wynikło z niej, że tylko jedna na dziesięć kobiet zechciałaby dowiedzieć się czegoś na temat niezwiązany z jej urodą bądź nową kolekcją błyszczyków.
Jestem tą jedną. To bardzo miłe. Choć nie do końca. Prawdę mówiąc - do czego przyznaję się tylko Tobie - ujawnia się tutaj wychowywanie przez socjopatkę. Pięknie udaję, że coś mnie interesuje. Do perfekcji opanowałam kiwanie głową ze zrozumieniem, a za moje pełne podziwu "Wooow" powinnam dostać Złotego Pinokia.

Tak czy siak wybraliśmy się na spacer z procentami. Zakończony przytulaskami z chodnikiem. Potłukłam sobie telefon.
Nie to jednak jest najgorsze...
Nie mogę być pewna na sto procent - nie ufam swoim falującym wspomnieniom - ale wydaje mi się, że nastał moment, kiedy Jej Chłopak próbował mnie pocałować.
Jej Chłopak. Mojej jedynej, prawdziwej przyjaciółki.
Dlatego nie zamierzam nadawać mu żadnego imienia. Bo to JEJ Chłopak.
I wiesz co? Świetnie się bawiłam. Nawet rano, kiedy brawura opuściła już mój układ pokarmowy.
A dziś zapytałam go o radę w wyborze nowego smartfona. Na Facebooku.
Piszemy ze sobą od kilku godzin.
Znasz mnie. Nie umiem kumplować się z facetem.
I dlatego sądzę, że jakakolwiek zażyłość z Jej Chłopakiem byłaby niewskazana. Bo nawet gdyby do niczego nie doszło i zyskałabym psiapsiółę z penisem, to taka sytuacja wciąż pozostawia pewien niesmak u tej, która tego penisa bierze do ust. Bo wtedy myśli sobie "ze mną się nie przyjaźni".
Nawet jeśli to nieprawda...
Rozumiem kobiecy mózg. To znaczy nie do końca, do końca nie da się go zrozumieć. Ale wiem, jak potrafi funkcjonować. I nie zamierzam przestawiać fal Pierduśki na stację o nazwie "a on ją lubi"...

Musiałam jednak się tym z kimś podzielić. To trudne tak to w sobie nosić. Nieważne, że nic się nie stało lub że mogłam wszystko sobie zmyślić. Czuję pewien ciężar, ukrywając to przed nią. I przed nim - bo niczego nie pamięta...
I jeśli chcę być w stu procentach szczera, to tłamsi mnie potrzeba pochwalenia się tym. Jak również przekonania się czy wydarzyło się to naprawdę, czy tylko w moich pijackich fantazjach...
Dlatego powinnam natychmiast zerwać z nim kontakt i wrócić do milusiego trzymania go w znajomych na prawach faceta koleżanki. Bo nie uda mi się odkryć prawdy co do przeszłości... ale mogę zapragnąć potwierdzić ją w przyszłości...

Potrzebuję chociaż kawałka moralności. Takiego, którym nie podtarłam sobie jeszcze tyłka...

© Jestem nudna i dobrze mi z tym!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci