Menu

Jestem nudna i dobrze mi z tym!

I piszę nie przejmując się słowami...

Pieprz w lukrze

kpina_ze_swiata

Taa. Zakochałam się w nim. Tak, to bez sensu. Nie znam gościa. A wydaje mi się, jakbym znała całe życie. Spędzamy ze sobą każdą wolną chwilę (głównie na seksie i śmiechu), a wciąż nam siebie mało. Gdy nie jesteśmy razem, piszemy do siebie jednocześnie wiadomości na Facebooku i smsy. Na dwa różne tematy.

Tyle że zazwyczaj przebywamy razem cały czas. Po raz pierwszy przyjechałam do niego w zeszłą niedzielę. Potem dopiero w środę spałam w miejscu, które teraz tym bardziej nie jest moim domem, nawet nie hotelem, bo w piątek wpadłam tam tylko po świeżą i jeszcze bardziej wyuzdaną bieliznę.

Resztę czasu siedziałam u niego, z nim. A on we mnie. I przy mnie. Nawet wtedy, kiedy że mnie wychodził. Choć to chyba niemożliwe. Wniknał we mnie, przez skórę, którą konserwuje jego dotyk, przez uszy, które chłoną każde jego słowo, przez oczy, które się na niego gapią. Podbił moje wnętrze, jak Napoleon mego serca.

I nie ma znaczenia, że wczoraj gdy wracałam z pracy do domu jego ramion, pod jego blokiem pojawiła się Pierduśka. Chciała pogadać. Bo dotarło do niej, ile straciła. I że stało się tak po części dlatego, że wcześniej się z tym nie liczyła.

I nie ma znaczenia też to, że potem strzeliłam focha. Z zazdrości. O to że ma z nim kontakt, którego człowiek uczy się latami. O to, że jego ona nie nienawidzi i z nim chce się przyjaźnić. I że on chce się przyjaźnić z nią, a Słoń że mną nie. Nie zdawałam sobie sprawy, z tego że to mnie boli, aż do wczoraj. Ale to, że mnie wysłuchał pozwoliło mi to zrozumieć. I pogodzić się z tym. Bo on tak na mnie wpływa. Uspokaja mnie gdy tego potrzebuję, rozbudza gdy tego pragnę.

A w piątek ze sobą spaliśmy. Nie w sensie ehem, w sensie chrapu-chrap. Dla mnie to zupełna nowość. I duży krok, większy niż mój, rozepchany tym całym niespaniem.

Czuję się dziwnie. Ale niesamowicie. Jak bohaterka książki. Szmirowatej książki.

Czyli ulubionego gatunku każdej baby...

Lalala. Tyle w temacie.

kpina_ze_swiata

Jeśli nie wrzucam wpisów na bloga, to dlatego, że jestem szczęśliwa jak bałwan zimą.

Zawsze wydaje mi się, że moje szczęście drażni ludzi niczym odgłosy seksu zza ściany. Albo gorzej: jak ataki śmiechu zza ściany. Wiem, że jedno i drugie wkurza, mam dwóch starszych, sparowanych braci. Ale ostatnio znajduję się po drugiej stronie muru, układam się wygodnie w wargach rozciągniętych w uśmiechu. I tam się rżnę.

 Ale nie było tak w środę, kiedy wreszcie się z Nim zobaczyłam. Choć początek wyglądał obiecująco. Rozmawialiśmy, żartowaliśmy jak starzy znajomi. Nie czułam się skrępowana. Może trochę, ale w taki przyjemny sposób, taki nowy i orzeźwiający, jak pierwszy w życiu łyk alkoholu - wiesz, że to złe, ale chcesz to robić. I zdajesz sobie sprawę, że na jednym zwilżeniu warg się nie skończy. Bo rozpływa Ci się to w ustach rozkoszą...
Nie, nie pocałowaliśmy się. I nie, nie ssałam mu. Bo jak doskonale się orientujesz, to że się z kimś nie całuję nie znaczy, że nie witam się tak z jego Małym, Wielkim Kolegą.
No cóż, wtedy. jeszcze do tego nie doszło... Bo zadzwonił do niego kumpel. Prosił o spotkanie, bo ma problem z dziewczyną.
Jak się okazało, tą dziewczyną była Pierduśka. I jej koleżanka. Przyprowadził je na nasze spotkanie. Później nie potrafił wyjaśnić dlaczego, ale podejrzewam, że to przez moje bycie demonem, który potrafi opętać rozsądnego faceta, będącego w szczęśliwym, wieloletnim związku.

Nie chciałam tak od razu poznawać jego znajomego, więc poszłam do łazienki. A potem odrabiałam rosyjski. I zadzwonił. On. Powiedział, żebym poszła do domu. Bo Pierduśka tu jest.
Zaczęłam uciekać. Nie tylko przed nią, ale przed całą sytuacją. Przed tym, że ona nigdy nie odpuści i zawsze się będzie pojawiać. Jak skomentowała to Goplana "Spod materaca wyskoczy".

Dopadła mnie. Powiedziała, że od rozstania ze Słoniem rujnuję wszystko wokół, a teraz zrujnowałam ją. Twierdziła, że to niemożliwe, by wielka miłość wytworzyła się w tydzień. Więc musiałam to zaplanować wcześniej. Słuchałam jak ona o nim opowiada, o tym jakiej słucha muzyki i postanowiłam go ukraść. I dlatego tak dobrze go rozumiem.
To zabolało mnie najbardziej.
Nie chciałam by myślała, że zerwał z nią tylko z mojego powodu. Bo on twierdzi, że tak nie było. Że tylko go do tego zmotywowałam.
Nie wiedziałam już co myśleć. Bo myśli kłóciły się z emocjami.
Nie lubię ulegać emocjom. A właśnie to robiliśmy.
Stwierdziłam więc, że dobrze nam zrobi chwila na zastanowienie. A że przy sobie nie możemy myśleć, nie powinniśmy się kontaktować. Przez miesiąc.
Taki chuj.

Nie wytrzymałam. Po dwóch dniach oznajmiłam mu, że chcę by przyszedł do mnie do pracy. Odparł, że i tak by to zrobił.
I tak się stało. A potem umówiliśmy się na niedzielę. Wzięłam ze sobą majtki na zmianę. Bo przewidywaliśmy jak to się skończy...
Nie skończyło się. Nie mogliśmy przestać.
Zostałam do poniedziałku, odprowadził mnie do roboty. Potem wróciłam do niego. A we wtorek zajmowałam się zadaniem na rosyjski. Nadal u niego...
I cały czas uprawialiśmy seks. Świetny seks. Oszałamiający seks. Powiedział, że jesteśmy dopasowani jak puzzle. Miał rację.

Chciałam robić z nim wszystko. I robiłam. Nawet nowe rzeczy. Ja. Podwładna latarni.
Pragnęłam dać mu najlepszy seks w życiu. Bo z tego co mówił i jak reagował, dało się wyczuć, że do tej pory mu tego skąpiono.
A dla mnie nie ma nic przyjemniejszego, od uszczęśliwiania mężczyzny. Jestem latami pięćdziesiątymi w kieckach z lat dziewięćdziesiątych.

I wiesz co? Uwielbiam go. Bardzo. Cholernie bardzo, przerażająco bardzo. Znam go dwa dni. A już muszę się powstrzymywać, by nie powiedzieć mu, że go kocham.
Tak. To chore.
Po prostu tak świetnie pieprzy.
Nieprawda. To coś więcej.

Rozmawiamy. Śmiejemy się. Z absolutnych absurdów. Które tylko my rozumiemy. I mamy własne żarty.
TO CHORE.
Straszne. Ale podoba mi się.
I nie chcę tego powstrzymywać.
I nie będę.
I żadnych wielokropków.

Koniec w służbie początku

kpina_ze_swiata

Zerwał z nią.
Dobrze,  że nikt przy zdrowej moralności się ze mną o to nie założył, bo przegrałabym coś fajnego.
Byłam pewna, że tego nie zrobi. Że rozsiadł się w ciepełku jej wygody i nie narazi się na moją zimną niestałość... Musi chyba mnie lubić.
I to mnie wkurza.
A tak naprwdę przeraża. Tyle że mój mózg, struchlały słabością przed miłością i strachem, wmawia mi, że to irytacja. Bo jak można znieść mężczyznę, który mnie szanuje i pragnie kontaktu ze mną? Mężczyznę mniej stereotypowego ode mnie?

Wczoraj wyszłam ze znajomymi z uczelni. Świetnie się bawiłyśmy, dając umysłom odpocząć, nawet od tworzenia wspomnień. Ot, leniwe popołudnie, póki jeszcze presja rowieśnicza wygrywa z presją czasu.
A on do mnie pisał.
Przy Słoniu by mnie to cieszyło. Że facet nie może beze mnie wytrzymać. I ja bez niego. Ciągnęłabym z tego uzależnienia tyle upojenia, by reszta świata się zamazała.
Ale okazuje się, że świat jest fajny, gdy się go nie ogranicza...

Potem chciał, żebym do niego przyjechała. A wiesz co zwykle robię, gdy facet, u którego mam jakieś uczucie, zaprasza mnie do siebie...
Panikuję.
Za wcześnie na to. Zbyt blisko zobowiązania.
Wyczuł to.
Niewiarygodne. Nikt nigdy tego nie wyczuł. Nawet gdy mówiłam o tym wprost. Chyba w myśl zasady, że kobieta nie wie czego pragnie. Bo wszystkie pragną jednego. Zabezpieczenia serdecznego palca przed zajściem w staropanieństwo.
Ale kiedy powiedziałam, że to trochę przerażające, przestał naciskać. Przeprosił i zostawił mnie w spokoju.
Po godzinie sama chciałam się do niego odezwać.

Nie wiem jak to robi, ale zawsze potrafi rozbroić bombę. Zachowuje się w taki sposób, że moje emocje się uczłowieczają.

Dziś się z nim spotkam. Chcę tego. Nawet mimo faktu, że pogoda robi mojej fobii świetną wymówkę...

Przegrzane serce

kpina_ze_swiata

Nie powinnam słuchać głosu serca. Bo mam chore serce.
Widzisz co się dzieje, gdy pozwalam moim uczuciom się urodzić? Wszyscy cierpią. Jakbym była emocjonalną Rosemary i jej piekielnym kochankiem w jednym.
Miałam już tego dosyć. Tego, że każdy oczekuje ode mnie jakiegoś zachowania. Jej Chłopak chciał się spotkać, wszyscy inni mi zabraniali. I nie wiedziałam już czego chcę. Chciałam tylko spokoju.
Napisałam mu więc, że nie mogę się z nim spotykać, dopóki jest z w związku z Pierduśką.
Proszę. Jakie to proste.
To czego się nauczyłam po tej historii, to walenia prawdy prosto z mostu. Nieważne, że brzmi paskudnie. Gdybym powiedziała to od razu, wiele bólu by się nie przelało.
I wyniosłam z tego kolejną lekcję - by nie ufać zbytnio ludziom. I nie być zbyt szczerą. Bo ktoś perfidny i zawistny nawet prawdę wykorzysta przeciw Tobie.
Niesamowite, za bardzo otworzyłam się na ludzi. Ze skrajności w skrajność - jak nie myszka pod kołdrą, to całodobowy burdel monopolowy.

Aaa i uświadomiłam sobie coś jeszcze. Wciąż manipuluję ludźmi. Nim też, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. Stosowałam starą technikę push&pull - pozwalałam mu zbliżyć się do siebie, by zaraz potem go odepchnąć i znów przyciągnąć. Tak, by namieszać mu w głowie. Udało się.
Tyle że by stosować manipulacje, trzeba być mocnym psychicznie. Inaczej samemu się nim ulega.
Ale cóż. Wyjawiłam mu to, żeby spaść z piedestału, na którym mnie ustawił. Prosto do rynsztoka.

Tak przynajmniej sądziłam. Ale gdy znów się do niego odezwałam - tak, wiem - okazało się, że mu to nie przeszkadza. Drażni go, ale chce to znosić.
A czemu znów do niego przylgnęłam? Bo kiedy obudziłam się wczoraj rano, przypominała mi się rada, którą dostałam kiedyś od czytelnika Kagirinai - już raz za nią dziękowałam, ale muszę znowu. Powinnam zapisać ją na jakiejś karteczce i przykleić obok lodówki, by codziennie na nią patrzeć.
"rób co chcesz, nie rób tego, czego nie chcesz. Jeśli nie wiesz czego chcesz, to rób przypadkowe rzeczy tak długo jak nie mają długofalowych konsekwencji, okaże się po fakcie"
Czy to nie jest najwspanialszy pomysł w historii ludzkości? 
A prawda wyglądała tak, że chciałam do niego napisać. Chciałam, by uspokoił mnie swoim byciem, zadawaniem odpowiednich pytań i słuchaniem.
Ale wieczorem, gdy kolejny dzień spędziłam zaglądając głęboko w oczy ekranowi, dostałam sms od Pierduśki:

"Kurwa mam w dupe twoje uczucia. Masz usunąć całkowicie kontakt do MOJEGO CHŁOPAKA! do mnie tak samo. Trafiłaś na zły okres w moim związku. Życzę Ci tego samego. O ile jakikolwiek związek stworzysz. Usuń wszystko."

I to ponownie mnie zdołowało. Emocjonalna trampolina. I szklany sufit z cudzych emocji.
Tak czy siak, ponownie usiłowałam milczeniem zmotywować go do tego, by zechciał pogadać. Z nią. By się z nią rozstał. I gdy to teraz opisuję, zdaję sobie sprawę, jak często już próbowałam zastosować ten manewr, a potem nie mogłam w nim wytrwać. Jak osoba współuzależniona, która przysięga, że odejdzie, jeśli on znów wypije. Ale woli jego pijane towarzystwo, od wstydliwej samotności. Więc zostaje, a on chla dalej.
Pojechał z nią zerwać. I przysięgam na wszystkie moje kręgi piekielne, począwszy od tych w mojej waginie, jeśli tego nie zrobi, skasuję go z Facebooka i zablokuję mu szczęście ze mną gdzie się da. Jeśli nie dotrzymam słowa, niech te kręgi spalą mnie syfilisem.

Niemoralna prawda

kpina_ze_swiata

Dowiedziałam się dziś, że podrywam chłopaków wszystkich swoich koleżanek.
Cóż, chyba taka kara za żywienie uczuć do jednego.
Goplana powtórzyła mi, co nagadała jej Sylwienna. Że "martwi się o mnie", bo zarywam do chłopaka Pierduśki. I Anielicy.
Nigdy nie narzucałam się chłopakowi Anielicy. Rozmawiałam z nim, bardzo otwarcie i po przyjacielsku. Sylwienna parę razy to widziała. Musiała uznać, że nie potrafię otworzyć ust przed mężczyzną, nie wkładając tam sobie jego chuja.

Zrelacjonowałam to Jej Chłopakowi. Powiedział, że Sylwienna napisała podobno do Pierduśki "jak chcesz wiedzieć, to w czwartek Kpina zaliczyła kolejnego".
Miała na myśli tatuażystę, z którym wreszcie się nie spotkałam. Doskonale o tym wiedziała.
A także o tym, że konwersuję z Jej Chłopakiem. Jestem niemal pewna, że o tym też wspomniała Pierduśce. I dlatego tamta szperała w wiadomościach swojego faceta.

Nie obwiniam o to Sylwienny. To moja wina, ja wiedziałam, że on coś do mnie poczuł, już wtedy, gdy się razem urżnęliśmy. Od początku narzekał przy mnie na Pierduśkę. A mimo to dalej z nim pisałam, choć przeczuwałam, że tak się to skończy. Pozwoliłam na to. Pozwoliłam sobie coś do niego poczuć.
Co powinnam była zrobić? Zignorować te emocje? A on miał udawać, że jest z nią szczęśliwy?

Łudzę się, że może na tych zgliszczach wyrośnie nowa sadzonka. Że teraz szczerze porozmawiają, ona dostrzeże czemu on chciał czmychnąć do innej. Mogłabym jej to wszystko napisać, ale wydaje mi się, że usunięcie ze znajomych to jasny sygnał, że nie chce mnie znać. Poza tym obawiam się jej odpowiedzi. Pełnej złości, goryczy i... prawdy.

Na razie nie potrafię i nie chcę o tym myśleć. Nie mogę też się z nim spotkać.
Nie dlatego, że rodziłoby to plotki. Rodziłoby rzeczywistość. Chorą, okropną rzeczywistość, do której dorysowuję scenografię, jak mały socjopata. Którym jestem.
A nie chcę być.
Potępiaj mnie. Potrzebuję tego.
Bo inaczej pozwolę mózgowi wmawiać mi, że zasłużyłam na tę odrobinę szczęścia. Nawet wymienioną na cudze cierpienie...

Ukradzione bicie serca

kpina_ze_swiata

Jestem złym człowiekiem.
Nie mam już Pierduśki w znajomych. A raczej ona nie ma mnie. Wyrzuciła mnie, po tym jak przeczytała w telefonie swojego chłopaka wiadomości, które wymienialiśmy. I dowiedziała się, że chcemy się spotkać.
Nie odkryła jednak, że wcześniej odwołałam wizytę u niego w celu oglądania filmu. Bo byłoby to jak pójście do kina. Do kina, nie na film. A w tym przypadku na kanapę. Jeszcze lepiej.
Mój kompas moralny wskazał wywłokę. Moim kompasem była Goplana i określiła to jako "totalne kurewstwo".
Trudno się nie zgodzić. Goplana mnie zna, wie że nie umiem utrzymać cipki za majtkami. Gdybym do niego poszła, to na pewno poszłabym z nim. Udawałam, że nie mam takiego zamiaru, ale to kłamstwo.
A to byłby brak szacunku wobec Pierduśki. Więc mu to wyjaśniłam. Zrozumiał.
To właśnie najbardziej mnie do niego ciągnie. Że on rozumie. Mamy tyle podobnych doświadczeń, poglądów, nawet tych chorych. I przy nim nie chcę nikogo udawać. Wcześniej przy facetach starałam się udowodnić, jaka to jestem mądra (Ptasznik) albo robiłam im na przekór, gdy widziałam, że nie akceptują jakiejś mojej cechy (Delfin).

Zaczęliśmy już rozważać nasze opcje. Bo wiedzieliśmy, że nie ma mowy o niewinności. Powiedziałam mu, że jeśli zaczniemy się widywać, na pewno się w nim zakocham. On stwierdził to samo.
Mieliśmy więc do wyboru widywać się potajemnie, co zraniłoby wszystkich. Albo zdusić w sobie uczucia, co wyrządziłoby krzywdę nam obojgu, ale utrzymałoby Pierduśkę w błogiej nieświadomości.
Pozostawał jeszcze jeden manewr, który wypadał najlepiej w emocjonalnej arytmetyce i zraniłaby tylko ją... żadne z nas nie potrafiło jednak tego zaproponować, choć oboje wiedzieliśmy o co chodzi.
Powinien z nią zerwać.
Piszę to po raz pierwszy i czuję się jak śmieć.
Ale on twierdzi, że od dawna nie był z nią szczęśliwy. Że go nie rozumie i nie chce zrozumieć. Że nie może być przy niej sobą tylko maską siebie sprzed sześciu lat. Bo tyle razem byli. Niemal sześć lat.
Śmieć z samego dna kubła.
Nie powiedziałam więc głośno, że moim zdaniem to jedyne sensowne wyjście. Bo kiedy w grę wchodzą dylematy moralne i cierpienie kogoś bliskiego, to sens przestaje cokolwiek znaczyć.
Byłam niemal pewna, że się na to nie zdobędzie. Skoro nawet nieszczęście nie potrafiło go do tego zmotywować, prognozowane szczęście nie mogło tym bardziej.
A mimo to pragnęłam z nim pisać. Dlatego kiedy wieczorem, po całym dniu wymuszonej ciszy spytał mnie czy mogę na razie nic jej nie mówić, nie dałam rady powstrzymać swoich niecierpliwych palców przed kontaktem z nim. Nawet na odległość. To działało i się działo.
Później przyznał mi się, że wiedział co odpowiem. Szukał tylko pretekstu, by znów ze mną porozmawiać.

Wygadałam się o wszystkim Borsukowi, bo wciąż liczył na przygodny seks. A ja planowałam właśnie dłuższą eskapadę. Nie chciałam urazić Borsuka odmową. Poza tym bardzo pragnęłam to z siebie wyrzucić. Dlatego wypaplałam także Królowej Trutni z mojej pracy. Oboje powiedzieli mi to samo - że muszę dokonać wyboru, co jest dla mnie ważniejsze: przyjaźń czy facet. Za każdym razem mówiłam, że chyba już za późno. Bo choć do niczego między nami nie doszło, podjęłam już decyzję. Nie umiałam jednak jej zaakceptować, robiąc resuscytację mojej moralności. Która dawno zdechła. Na syfilis.

Tak czy siak on wciąż z nią był i wciąż pisał ze mną. Nawet gdy przebywał z nią w tym samym pokoju. Głupi, bezczelny błąd. Mężczyźni nigdy nie zrozumieją kobiet. Może dlatego, że trudno jest pojąć, jak pracuje mózg wariatki.
Bo jak inaczej nazwać fakt, że po romantycznej kolacji przy ekranie zdecydowałam się jednak z nim zobaczyć. Nie u niego, nie w nocy. Na neutralnym gruncie. Bez dotykania. Tak po prostu. Spotkać się, poznać.
Naiwny śmieć, kawał przeżutej gumy, zeskrobanej z buta, który wcześniej wdepnął w kupę.
I właśnie o tym spotkaniu ona przeczytała. Przeczytała jego dziecięcą radość i moje zero-jedynkowe rumieńce. Zrobiła mu awanturę. Nic dziwnego. On mi wszystko zrelacjonował, gdy ona leżała na sofie. To już trochę trąci psychiatrykiem. Telenowelą rozgrywającą się w psychiatryku. Valium namiętności, te sprawy.

I wciąż oficjalnie się nie rozstali. To jeszcze bardziej pojebane, a jednocześnie w pełni uzasadnione. Sześcioma latami.
Bezgłowe, śmierdzące truchło ryby, oj wiesz co? Aż tak źle się nie czuję. Powinnam. Wyrzuty sumienia powinny wypalać mi przełyk, podczas rzygania nimi.
Ale wciąż mam dobry nastrój. Bo wciąż konwersujemy.
Karma już ostrzy pazury.
Jestem złym człowiekiem. Złym, szczęśliwym człowiekiem...

Zapach singielki część 3

kpina_ze_swiata

Napisał do mnie kolega Ładnego, z którym się przelizałam. I zaprosił mnie na randkę. Nie spodziewałam się tego. Sądziłam, że podoba mu się Goplana. Ale gdy mu to oznajmiłam, stwierdził, że urzekły go moje oczy.
Jebany bajerant.

I ogólnie dziwny. Rozmowa z nim toczyła się tak, jakby troszkę nie zdawał sobie sprawy z tego, że w niej uczestniczę. W pewnym momencie zadeklarował, że potrzebuje kobiety. Spytałam w jakim sensie, a on na to, że w każdym.
A wieczorem dostałam taką wiadomość:

"Dobranoc piękna... ucalowalbym cie, ale nie mam jak :/"

Koleś, raz Cię widziałam. I nawet nie pamiętam jak masz na imię. Teraz już nie spytam, bo mi głupio. Pójdę z nim na randkę, nie wiedząc jak się nazywa, potem prześpię się z tym bezimiennym, zakocham się w nim, zaciążę i dopiero na ślubie poznam jego tożsamość, gdy urzędnik każe mi go wziąć.

Goplana twierdzi, że on tak tylko gada bo chce mnie zaliczyć. Mężczyźni są śmieszni. Ale to pewnie dlatego, że mają do czynienia z histeryczkami. Ja wrzeszczę tylko w łóżku. I nie cierpię gdy ktoś mnie tak podchodzi, jak harcerz sarenkę. Nie jestem sarenką i nie potrzebuję harcerza.
Nie mam ochoty widzieć się z tym dziwakiem. Tyle że potem będę płakać, że nikt mnie nie chce i tyle czasu nie byłam na randce, że włosy łonowe zaczynają rozprzestrzeniać mi się na nogi. Poza tym gość jest tatuażystą. A ja zawsze lubiłam tatuaże. I nie lubiłam za coś płacić.
A co mi tam, idę!
Spakuję się w moją torbę-wielbłądkę, pełną książki (w autobusie), tabletu (w autobusie, gdyby książka była nudna albo stymulująca do pisania), stroju na imprezę (po randce, znajoma Goplany ma urodziny) i kostiumu kąpielowego oraz ręcznika (rano, po imprezie). I będę przy tym seksowna jak kutas Lucyfera.
Update: jednak nie poszłam, nie chciało mi się myć.

Dobra, zostało mi jeszcze trochę miejsca w tym poście, to go nie podzielę. Tu wrzucę część czwartą: odezwał się do mnie Borsuk. Serio?! Co się dzieje, jakie branie! Czuję się jak Crocsy w Lidlu!
Pyta czy mam ochotę się spotkać. Sama nie wiem.
Był najlepszy. To fakt i największe "za" w tej sytuacji. I chyba jedyne. Bo popatrzmy na przeciw: moja seksualność śpi. Nie wiem czy chcę ją rozbudzać, będzie wściekła i wygłodniała. A Borsuk po dwóch rozłożeniach fotela w samochodzie znów skupi się na nauce, zostawiając mnie na pastwę masturbacji.
A moją pierwszą wątpliwością, gdy zaczęłam to rozważać było spostrzeżenie, że utyłam (wyjdź z mojej głowy, babskie myślenie). A on lubi drobne. Żeby mnie udrobnić trzeba by mi było odciąć większość cycków. I ud. I kości biodrowych. I także, lalala no czego? A brzucha!

Choć prawda podoba mi się jeszcze mniej. W rzeczywistości moja niechęć zarówno do Tatuażysty (Błazenka, pasuje mi tu Błazenek), jak i do Borsuka wynika z faktu, że wraz z Jej Chłopakiem flirtujemy już w sposób otwarty i palący jak ogień, z którym igramy.
A poza tym miałam genialny plan wyswatania Goplany z Borsukiem. Goplana na razie gniewa się na mężczyzn, ale ja czuję, że do siebie pasują. I nie, nie widzę przeszkody w tym, że z nim spałam. Goplana widzi, ale może za kilka dni jej kobiecość da o sobie znać hormonami i dojdzie do wniosku, że pragnie poznać kogoś nowego, nawet jeśli dla mnie jest on już stary (i wypróbowany mryg, mryg)...

Zapach singielki część 2

kpina_ze_swiata

Przelizałam się z obcym kolesiem.
kiss_meNo proszę, jaka ze mnie lafirynda. Kiedy jakiś czas temu zrobiłam coś takiego po raz pierwszy, czego ze wstydu nawet nie opisałam na blogu, uciekłam przed nim do kibla. Siedziałam tam przez dziesięć minut, pytając siebie "Co ja wyprawiam? To takie do mnie niepodobne!". Potem trzęsącymi się rękoma zamówiłam i wypiłam piwo, czekając aż znajdzie mnie Goplana.
Wtedy bardzo tego pragnęłam, tęskniłam za pocałunkami i miałam chcicę. Tego gościa, tego pierwszego, uszczypnęłam w tyłek gdy przechodził. Potem chichotałam jak głupia, gdy wyciągał mnie na parkiet. I jęczałam w ogłuszanie, kiedy złapał mnie za tyłek i pocałował.

Ten ostatnio był inny.
Od początku.
W poniedziałek Goplana miała ochotę poszaleć, a ja jej obiecałam, że się dostosuję. I wiesz co?
W klubach nic się nie dzieje w poniedziałek. Zdumiewające, co?
Poszłyśmy do dwóch. W jednym zapłaciłyśmy po dyszce za wstęp i ulotniłyśmy się, gdy jakiś przychlast w kurtce usiłował nas zaczepić z braku laku.
W kolejnym zrezygnowałyśmy z szastania dwunastoma złotymi, by pogapić się na jakąś żałosną pijaną laskę, która ma swoje pięć minut bez pogardy.
W końcu trafiłyśmy do pobliskiego pubu. Przed wejściem Goplana zapytała dwóch facetów czy w środku jest więcej osób, niż na wycieraczce.
Jeden z nich od razu mi się spodobał, ale nie przylazłam tam by coś wyrwać. Miałam pomagać Goplanie w radosnym upojeniu i bezpiecznym holowaniu do akademika.
Ale ten drugi się dosiadł. A za nim kolejni. I świetnie się nam rozmawiało, choć nie pamiętam ich imion.
Wreszcie, gdy moje cycki widziały już więcej ode mnie, zjawił się ten ładny. Zarywając do Goplany.
Jednakże ona nie lubi obcesowego chwytania za dupę i sterowania własną dłonią w kierunku jego steru. Dlatego zamieniłyśmy się miejscami. I już po chwili wymienialiśmy się smakiem wypitych piw, a także profilami na Facebooku.
Będąc już w akademiku, ponownie podłączona do świata, napisałam do niego. I umówiliśmy się na seks na drugi dzień.
Rano ten pomysł nie przemawiał już do mnie zmysłowym szeptem, starał się raczej uciszyć zgiełk moich myśli.

Ładny miał się odezwać do dwunastej, bo nie mogliśmy znaleźć lokum. Napisał do mnie o czternastej, że niby był "zabiegany".
Ulżyło mi.
Pozbyłam się jednej decyzji.
Bo nie mam chcicy. Moje potrzeby seksualne się wyzerowały. Poza tym nie chciało mi się odmrażać sobie pośladków w swoich niemoralnych majteczkach. I znów tęskniłam za krakersami.
Ale z drugiej strony... to brzmi tak koszmarnie.
Cholera, właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że chciałam się przespać z obcym facetem, tylko dlatego, że odmowa byłaby nudna! Co się ze mną porobiło?
A teraz muszę rozważyć kolejną odmowę. I jeszcze coś, o czym w następnym poście...

Zapach singielki część 1

kpina_ze_swiata

Kiedy pęd mojego życia wywiał już całe eau de desperation, samce zaczęli wyczuwać moje pachnące nawilżeniem feromony. Nawet mimo faktu, że wcale nie zamierzałam ich nimi nęcić. Wręcz przeciwnie - radośnie nudziłam się i pierdoliłam facetów wyłącznie mentalnie. Już ich nie potrzebowałam.
Pojawiło się trzech.

Czterech, jeśli liczyć Jej Chłopaka. Znów ze sobą piszemy. Liczyłam na to, że jeśli przestanę się do niego odzywać, to znajomość zerwie się, jak wszystkie rączki trzymane przez Facebooka.
Dziś do mnie napisał, a ja zdradziłam mu, że chciałabym się zjarać i obejrzeć całe "Gwiezdne Wojny".
Naprawdę mam na to ochotę. Nigdy nie robiłam żadnej z tych rzeczy, więc może być ciekawie. Ale kiedy wpadłam na ten pomysł, natychmiast uznałam, że wspaniale byłoby dzielić to doświadczenie z nim. I teraz pytanie: czy przypadkiem nie wybrałam akurat tych filmów, by oczarować tego nerda moimi międzygalaktycznymi ciągotami (kosmiczny hiszpan)?
Tak czy siak umówiliśmy się na sobotę. Cholera i spocone jaja, co ja wyprawiam.

Zanim jednak do tego doszło, wyjawiłam mu, że nie ufam sobie, bo nie posiadam empatii, moralności, wyrzutów sumienia... i tym podobne teksty na odryw. I stwierdziłam, że możemy się widywać tylko pod warunkiem, że przysięgnie, iż do niczego między nami nie dojdzie.
Przysiągł.
Podejrzewałam, że podziała to na mój mózg, jak włącznik z napisem "To nie!". Moja duma strzeli focha i nawet nie pomyśli o tym, że to dziwne tak leżeć obok faceta i nic nie robić. Bo co w tym dziwnego? Nic. Poza tym, że to nienaturalne dla gatunku homo adolescent.
Ale potem oznajmił, że czuje się wewnętrznie rozdarty.
"Cześć mnie powiedziała w duch "dobrze bardzo dobrze" a druga część powiedziała "wielka szkoda, Wielka szkoda" xD"

Rozsądek wrzeszczał do mnie "nie pytaj, czemu szkoda, nie warto". Ale we mnie też unosił się jakiś duch.
Najstraszniejsza mara, jaką przyszło widzieć światu - babska ciekawość...

" jesteś atrakcyjna i inteligentna kobieta więc szkoda"
Czy Ty to czytasz?!
Jakie to jest niebezpieczne. Stało się takie jeszcze bardziej gdy oznajmił, że mu się to podoba, "wybór między skrajnym dobrem a z skrajnym Nie wiem czy powinienem ale dobra xD".
Mnie też to ekscytuje. I to, że jego również. Lubię zadowalać mężczyzn.
Ale tego nie mogę. Nawet nie "nie powinnam". Nie mogę. Pierwsze przykazanie Kpiny "nie rwij ogórków z nie swojego zagonu".
Przykazanie Kpiny... Nie brzmi to zbyt kamiennie...

No dobra, na razie nieważne. Pomyślę o czym innym. Bo mam o czym...
O czym poinformuję w kolejnym poście, bo jak wiadomo, jesteśmy w Internecie, a tu pierwsze przykazanie brzmi: TL;DR.

PS Usiłowałam już nawet odwieść się od zaliczenia Jej Chłopaka, wmawiając sobie, że pewnie będzie kiepski, bo miał tylko jedną partnerkę... Jak ja, po Słoniu. Doświadczona stałością.
Minęło czterech facetów, a moja technika się nie zmieniła... I to rozkoszne "och" brzmi tak samo we wszystkich ustach... I ja brzmię tak samo we wszystkich ustach...

Na zdrowie psychiczne!

kpina_ze_swiata

Nie mam dziś ochoty wychodzić. Chcę siedzieć w domu i żreć krakersy z serem. Nie cheddarem czy brie, ale z le taniosz. Chcę sprzątać - praca w gastronomii nasrała mi na pedanterię. Chcę odrabiać pracę domową nie na kolanie w autobusie, ale na kolanie w łóżku. Oglądać filmy, szyć, czytać i piec.
Ale nie mogę. Bo obiecałam. Dlatego musiałam powlec swoją dupę seksapilem i władować się do autobusu.
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie powinnam się zmuszać, że jeśli mnie to odrzuca, to ciepłe skarpety tylko czekają na Moją Starość, jak damy dworu Podkołdry.
Jeśli taki ktoś znajduje się właśnie przed tymi słowami, to niech spierdala z tymi swoimi radami.

Bo widzisz, ja kocham siebie. Uwielbiam spędzać ze sobą czas, świetnie się bawię i rozbawiam.
Tyle że, jak niemal każdy, potrzebuję czasem kontaktu z drugim człowiekiem. A jeśli długo ignorujesz wszystkich ze swojego otoczenia, to w końcu przestają Cię otaczać. To w pełni zrozumiałe.
Nie zamierzam wracać do czasów, gdy samotnie zapijałam smutek, a potem wymiotowałam nim na blogu. Bo sama się na niego skazywałam.

Jak już kiedyś wspominałam, jestem toksyczna. Potrafię zadawać się z kimś, tylko jeśli przynosi mi to korzyści i olać go moczem zmieszanym z błotem, gdy ten ktoś przestaje mi być potrzebny.
Tak nie zachowuje się osoba zasługująca na przyjaźń, miłość czy zdrową relację.
Tak zachowuje się socjopata.
I wiem, wiem - jeśli martwisz się, że możesz być socjopatą, to pewnie naditerpretujesz po prostu swój podły charakter.

Ale chodzi o to, że ja już nie chcę być podła. Nie chcę ranić osób, na których zależy mi w chwilach, gdy wracają mi siły socjalne. Nie chcę w ostateczności ranić siebie i zastanawiać się, czemu owijam swoje serce taśmą izolacyjną. Skoro to zawsze boli. Nawet gdy ktoś podejmie wysiłek, by ją zerwać...

A to oznacza porzucenie kalorii, które przytulają się do mnie, po tym jak mnaie zadowoliły. Abdykację ze stolca, popartego zgromadzeniem pierdów. Czas zacisnąć pośladki i zęby, i się kurwa dobrze bawić.
Czasem zdarza się, że nie masz ochoty się gdzieś wybrać, ale gdy już zbierzesz się z podłogi, to nie żałujesz.
Ja zwykle nie odczuwam potem satysfakcji.
Eh... oby zdrowie psychiczne było tego warte...

© Jestem nudna i dobrze mi z tym!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci