Menu

Jestem nudna i dobrze mi z tym!

I piszę nie przejmując się słowami...

Do starych ludzi nikt nie dzwoni.

kpina_ze_swiata

Ten dzień spędziłam następująco: wstałam o 8.30, zjadłam pożywne śniadanko, pooglądałam telewizję, upiekłam ciasto, poćwiczyłam jogę ugotowałam zdrowy obiad, posprzątałam, trzy razy pozmywałam naczynia, znów pooglądałam telewizję, poczytałam na świeżym powietrzu, pobawiłam się z psami i pojeździłam na rowerze stacjonarnym, aż dostałam okresu.
A ponadto ścierałam niezliczone kupki i siki. Moja mama postanowiła mieć szczeniaka, tyle że pracuje co dwa dni od świtu do wieczora...

sienok

I muszę przyznać, że bawiłam się całkiem nieźle, do czasu, aż w mojej głowie nie zadomowiła się myśl: "Nie tak żyje dwudziestolatka"...

Od tego momentu czułam to zdanie z tyłu świadomości, przy każdej czynności - ścieranie szmatą podłogi, przewracanie stron...

Nie zjadłam swojego obiadu - miałam wrażenie, ze rozkrawanie pieczeni przekładanej pomidorami i cebulką dla jednej osoby byłoby jakieś takie smutne...

Od momentu, gdy mama powinna wyjść z pracy, co chwilę spoglądałam na zegarek, czekając aż wróci. Oboje moi rodzice byli dziś w pracy, więc czułam się odcięta od ludzi i taka... samotna.

Moi rodzice dużo pracują. Chciałabym im ulżyć. Poza tym to idiotyczne cały dzień siedzieć w domu i nic w nim nie zrobić. No ale właśnie - nie tak powinna żyć dwudziestolatka...

Prace domowe, nie ważne ile sprawiają Ci radości, zawsze są męczące. Szczególnie w taki upał, zaglądanie do pieca się nie sprawdza. Po tym wszystkim człowiek ma po prostu ochotę usiąść, napić się, zjeść coś słodkiego - czyli wszystko to, czego unikam. Boże, jaka jestem.. stara.

Jestem błonnikiem na wczasach.

Dziś w mojej wsi odbywa się koncert disco-polo, którego nie cierpię. Będąc w pijanym nastroju pod tytułem "Cycki na podbój świata singli", zgodziłam się tam wyjść z koleżankami. Ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej byłam pewna, że mi się nie spodoba. Bo nie lubię tej muzyki. Ani moich znajomych. A jutro idę na echo serca i chyba nie powinnam się schlać.

Może powinnam się zmuszać, by brać udział w takich wydarzeniach?

Choć raz wybrałam się z Sylwienną na marsz połączony z badaniem piersi - było koszmarnie. Badania mi nie zrobiono, bo zabrakło miejsc, potwornie się zmęczyłam, upałem i obecnością Sylwienny, jej zachowaniem, tym co mówiła i myślała, tym jak się ubrała.

No cóż, problem ewidentnie tkwi we mnie, ale jak go rozwiązać?

A może... może po prostu brakuje mi bycia w związku, w związku z osobą, do której pasowałam, a nasze rozrywki nigdy nie odznaczały się szałem, ale dawały nam mnóstwo radości.

Pytanie tylko, czy brakuje mi Słonia, czy... faktu posiadania partnera? Kogoś, kto jest zawsze na wyciągnięcie ręki, kogo się zna, z kim jest bezpiecznie?
Następnym razem opiszę swoje obawy dotyczące życia singielki. A dziś...

...dziś chciałabym tylko, by do mnie zadzwonił...

Młodość a koniec

kpina_ze_swiata

Mam w sobie dziwne uczucia. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji i nie wiem, co myślę. Nie co myśleć. Co myślę. Uświadamiam sobie, co czuję, podczas przypadkowego bełkotu mojego umysłu.
Zamierzałam iść z Sylwienną do klubu i zastanawiając się, co włożyć, pomyślałam: „Nic zbyt krótkiego, nie chcę być obłapiana. O. Nie chcę. To... miłe”.
Nie widzę tej dobrej zabawy. Nie czuję jej. Całkiem nieźle się bawię piekąc ciasta, ćwicząc od czasu do czasu przy durnych serialach, pisząc.

A jednak czytałam taki tekst... „Śmierć w Wenecji” Tomasza Manna, gdzie w metaforyczny sposób opisane jest jak Dionizos – bóg młodości – żąda ofiary z szaleństw młodzieńczości, a jeśli jej nie dostanie, odbija się to na człowieku w przyszłości.
Powiedziałam o tym Słoniowi. Jest starszy ode mnie, więc już się wyszalał. A ja kiedyś byłam jeszcze bardziej zamknięta w sobie, niż teraz. I jestem domatorką. Nie wariowałam i zaczęło mnie to martwić.
Byłam ciekawa, jak to jest poznawać nowych mężczyzn. Flirtować, ekscytować się. Nigdy tego nie robiłam.

Napisałam wczoraj do pewnego chłopaka. Tak, tego, który podobał mi się na studiach. Tak, byłam już trzeźwa.
Swoją pierwszą wiadomość, przedstawiłam dwóm znajomym do wglądu. Już po wysłaniu jemu, z czego jestem dumna. Potem opisywałam im, co odpisuje. Bo odpisał. Od razu, choć był w barze z przyjaciółmi, pierwszy raz od dawna wyrwali się z pracy (tak napisał).
I ucięliśmy sobie niezobowiązującą pogawędkę. Poprosił, bym napisała jeszcze, to może się spotkamy. I już. Jakie to proste.

Zastanawiam się tylko, czy on nie jest po prostu miły. Pamiętam, jak na pierwszym roku mówiąc do mnie używał mojego imienia i właśnie to zwróciło na niego moją uwagę. Bo mało kto znał imię takiego odludka, jak ja. Pod koniec semestru niektórzy ludzie nie wiedzieli nawet, że chodzę z nimi na studia. A uczęszczało nas może ze czterdzieści pięć osób.

Ale czy to o czymś świadczy? Wydaje się być po prostu taki... otwarty. Nie jak ja. Ja mentalnie jestem zgorzkniałą osiemdziesięciolatką.

I byłam naprawdę podekscytowana. Oglądałam jego zdjęcia i zachowywałam się jak nastolatka. Nigdy tak nie robiłam. Zawsze wydawało mi się, że się nikomu nie podobam (bo gdybym się podobała, podrywaliby mnie, a tak się nie działo), więc starałam się zapomnieć o swoich amorach.
To takie nowe. Takie ożywcze. Takie... młodzieńcze.

Wiem, jak to wygląda. Zaraz po rozstaniu rzucam się w nowe podrywy. Ale nasz związek umierał od dawna i to wina nas obojga. Ludzie zapominają, jak ważna jest bliskość. Tyle się trąbi o tym, żeby nie zaniedbywać seksu w związku, że to on kształtuje bliskość. Owszem, ale nie tylko. Ważne jest też zwracanie uwagi na to, że trzymasz za rękę kogoś, kogo darzysz uczuciem. Że w tych oczach ma być miłość, nie tylko pożądanie czy rozbawienie. Że gdy mówisz „kocham Cię” masz to naprawdę czuć, a nie rzucać słowami, jakby nie niosły żadnej mocy – bo wtedy ją tracą.

Doszliśmy wspólnie do tego wniosku: kochamy się mniej. Rozmawialiśmy o tym, żartowaliśmy, potem ja płakałam, a on wzbraniał się przed łzami. Przytulaliśmy się i pierwszy raz od dawna czułam znaczenie tych objęć, czułam te objęcia.

Żadne z nas nie mogło się zdobyć na to, by wypowiedzieć te słowa. Koniec, rozstanie, nic nie przechodziło nam przez gardło.

A potem czułam się okropnie.
Płakałam. Tęskniłam. I miałam niezachwiane pojęcie, że wciąż go kocham. Że popełniam błąd.
I doszłam do wniosku, że skoro nie przestaliśmy się kochać do końca, to czemu mielibyśmy się rozstawać? Czemu postanowiliśmy zgasić ten ogień, zamiast starać się go na nowo rozpalić.
Nalegałam więc na spotkanie następnego dnia. Przystał na to. Z nerwów wstałam o szóstej i przez pół dnia wycinałam mu serduszka z ładnych teł w gazecie. Dwustronne serduszka. Usprawniłam ich produkcję dopiero po kilku godzinach.
Trzy razy robiłam pudełko, do którego chciałam wsadzić te serduszka. Nie mam wyobraźni przestrzennej. Chciałam, by po otwarciu kilka kształtów wypadło, żebym mogła powiedzieć: „Te serduszka straciliśmy. Zobacz, ile zostało”.
Chuj z tym, że serduszka nie wypadły, więc kilka wyrzuciłam, on je pozbierał, a ja znów jedno wywaliłam.
Liczy się to, że to nie zrobiło na nim wrażenia.
Pomyślałam „Okej, na to potrzeba czasu. Muszę się bardzo postarać, by go odzyskać”.
A ponieważ on dużo pracuje, postanowiłam odwozić go do pracy. Akurat przez ten czas moglibyśmy zacząć budować naszą bliskość na nowo.
W poniedziałek miał na siódmą. By go odwieść, musiałam wstać o czwartej. Całą niedzielę piekłam rożki śniadaniowe, żeby mu dwa wręczyć do pracy. A kiedy budzik zadzwonił o czwartej, pomyślałam o tym, jak straszną desperatką jestem. I nie wstałam.
Na drugi dzień postanowiłam więc spróbować znowu. Napisałam do niego, o której kończy, gdy już dotarł na miejsce. Nie odpisał mi. Zrobiłam więc coś okropnego i do głębi babskiego (bez urazy dla rozsądnych kobiet, których osobiście nie znam): włamałam mu się na e-maila i odszukałam jego grafik. Znam jego hasło, do wszystkiego ma takie samo. Stąd moja przestroga: każda baba to wariatka. Pogódź się z tym lub zostań gejem. Gratuluję tym szczęśliwcom, których partnerki nie są szurnięte, a także podziwiam wyżej wymienione Panie. Choć możliwe, że wasze obłąkanie jeszcze się nie objawiło.
Upiekłam więc ciasto, choć rożki jeszcze były, ale podeschnięte i niezbyt odpowiednie na tę porę dnia. Ubrałam się w to, co lubił, ale niezbyt ogłuszającego seksem, by nie wyjść na doprowadzoną do rozpaczy.
I kiedy już prawie dojechałam na miejsce, zdałam sobie sprawę, że nie mogę tego zrobić. Nie mogę go odzierać z prywatności. Że zachowuję się jak (tam tada dam) pokręcona.
I zawróciłam. Wysiadłam przy supermarkecie. Obleciałam trochę wyprzedaży, zdając sobie sprawę, że nie ma tam nic ładnego w przystępnej cenie i panuje burdel, świadczący o braku szacunku do klienta.
I wtedy zaczął mnie boleć brzuch.
Ledwo dojechałam do domu. Cały czas zwijałam się z bólu. Miałam lekką gorączkę, drżałam, mdliło mnie. I tak do rana, gdy poszłam do lekarza.
Okazało się, że mam lekkie zapalenie jelita, pojawiające się różnych, nie dających się ustalić przyczyn. Dostałam proszki i przeszło.
Kiedy napisałam o tym Słoniowi, jego zimne współczucie bolało mnie bardziej, niż odczułabym jego brak.
I w końcu, bo zażyciu leków i upieczeniu kolejnego ciasta, bo poprzednie już zjedzono – to z kolei przygotowałam na chwilę przed wyjściem i było zbyt gorące, by je zabrać – nadzienie dosłownie pływało – udało mi się w końcu zebrać i pojechać na jego przystanek.
Siedziałam tam dwadzieścia minut, podczas których podrywający mnie menel zdążył mnie objąć, ucałować w policzek i w rękę – nie miałam zbyt wiele przeciwko, szanuję takich ludzi, rozumiem, że coś się wydarzyło w ich życiu. Ale kiedy nawet żule odjechały, a ja wciąż machałam nogami na ławeczce przystanku, z którego odjeżdżał tylko jeden tramwaj – zadzwoniłam.
Tym razem zdążył mi już wysłać grafik, a ja dodatkowo dopytałam, o której wychodzi. Ale mógł przecież jechać inaczej i od dawna telepać się komunikacją, gdy ja obściskiwałam się z lumpami!
Zadzwoniłam. Odbyliśmy przerywaną niezręcznym milczeniem pogawędkę. Gdy już widziałam jak idzie, zapytałam jak się czuje. Odparł, że kiepsko. Ja na to „Może za chwilę poczujesz się lepiej”, akurat w momencie, gdy mnie dostrzegł.
Jego spojrzenie było dla mnie jak cios.
Nie uśmiechnął się. Wyglądał na... zszokowanego. Dosłownie go odrzuciło. Podszedł i zapytał, co tu robię. Spytałam czy mogę go odwieść do pracy. Odparł, że nie wie. Po drodze próbowałam uraczyć go opowieściami o artykułach, które przeczytałam, bo kiedyś interesował się psychologią i chciałam go zachęcić do otwarcia się na swoje pasje. Odparł, że to głupie.
Przez resztę trasy nie starałam się nic w niego wmuszać, a on gapił się w podłogę z nijaką miną. Zapytałam, czy czasem o czymś myśli, a on odparł, że nie przykłada większej wagi do swoich myśli i nie wyciąga z nich wniosków.
I zdałam sobie sprawę, że nie mogę go uszczęśliwiać na siłę. Ale że nie dam też rady patrzeć, jak marnuje swoją duszę.

Zmusił mnie do tego, żebym powiedziała, ze to koniec.
Mogłabym go za to znienawidzić. Ale nie chcę.
Wciąż go kocham. Choć nie aż tak, jak kiedyś.
Byłabym gotowa walczyć o tę miłość... ale skoro on nie...
Powiedział, że wcale za mną nie tęsknił. I wiesz co?
Ja też szczególnie nie tęskniłam.
Może to dlatego, że ślepo wierzyłam w to, że zdołam go odzyskać. Że cały wolny czas poświęcałam planowaniu, co przygotuję i co zrobię, jak już go spotkam.
A może już dawno przestałam za nim tęsknić?
Na koniec stwierdził, że nie widzi w tym sensu. I przeprosił.
Nie sądzę, by miał za co przepraszać, ale byłam już zła i nie dodałam tego.

A teraz? Co robię teraz? Rzucam się w wir zabawy, na innych facetów!
Czy zachowuję się tak to po to, by zapomnieć, czy ci inni są moim plastrem antysłoniowym?
Czy po prostu nic już do niego nie czuję?

Nie chcę mieć poczucia winy. Bo, jak czytałam w pewnej książce – wina prowadzi do kary.
Wystarczającą karą była utrata tego, co nas łączyło – karą za nasze gapiostwo.

Ale jak się z tym poczuję?
Nie zdradzam go. A on nie umarł, więc nie muszę nosić żałoby.
A jednak czuję się w stosunku do niego nie fair.
Powiedział, że nie muszę czekać. Odparłam, że nie zamierzam.
Ale może warto?
A może nie?...

 

Wciąż piijane wpisy.

kpina_ze_swiata

Zawsze powinnam być pijana. Jestem wtedy znacznie bardziej otwarta na ludzi.

Właśnie zgodziłam się iść na koncert disco polo, którego nie cierpię, z koleżankami, które niezbyt lubię i zaprosiłam na to autobusowego podrywacza, który mnie wkurwia. A i jeszcze wysłałam zaproszenie do znajomych kolesiowi, który podobał mi się, gdy jeszcze chodził ze mną na studia, a teraz zastanawiam się, czy i co do niego napisać.

W takich chwilach zawsze mam wrażenie, że Ci (popularni) ludzie obgadają mnie za plecami. "Ej, kurwa, ta świruska do mnie pisze, lol!".

I co bym mu miała napisać? "Siema, siema, pamiętasz mnie?"? "Nie udało nam się bliżej poznać, kiedy byliśmy razem na studiach, ale zawsze pamiętałeś moje imię i to mnie w Tobie ujęło"? "Niby się znamy, ale chyba mój dekolt mówił zwykle o mnie więcej, niż ja sama, to teraz się przedstawię: jestem nudna. Diabelnie nudna. Zakompleksiona, a jednocześnie zadufana w sobie. Pewnie będziesz wstydził się ze mną pokazać, bo faceci tacy jak Ty nigdy nie patrzą na dziewczyny takie jak ja i jestem skazana na dziwolągi meneli, ale to w sumie lepiej, bo nie lubię imprez i wolę Ci obciągnąć gdzieś w krzakach. Broń Boże nie u mnie w domu, bo jeszcze okażesz się zboczeńcem. I tak btw znam tylko trzy ruchy, których nauczyłam się przy moim jedynym chłopaku, tak więc - czeka Cię ostra jazda!"?

Jak pierdolnięta muszę być, skoro rozważam wysłanie mu tego? Ciekawi mnie, co by odpisał.

Szczególnie gdyby dowiedział się, że mogę się poryczeć podczas tego loda, bo jego fiut za bardzo przypominałby mojego byłego.

Wszystkie chuje są takie same.

Jak mniemam...

A moja znajoma - Sylwienna - mówi, żebym obejrzała sobie pornosy. Dla odstresowania.

Zaprosiłam chłopaka na koncert. Moja matka by chyba spłonęła. Bo przecież kobiecie nie wypada!

Hmm, jeśli pójdę na ten koncert trzeźwa, nie będę się dobrze bawić. Ale jeśli za bardzo się ubzdryngolę, mogę stracić kontrolę nad tym co robię i potem żałować swoich pijackich wybryków.
Na przykład jeśli wrócę do domu i napiszę do tego przystojniaczka ze studiów...

Pijaane wpisy 101

kpina_ze_swiata

Moja matka pije po to, żeby zasnąć. Nie rozumiem tego. Omija ją zamroczenie alkoholowe, które jest cudoooown!e

Kocham to zamroczenie. Przy podmywaniu się prawie zrobiłam sobie analną palcównę. I prawie odpadła mi głowa, kiedy myślałam o cudooowności alkoholu.

Hihihi, napisałam palcówę przez "n" :D

Śmieszy mnie to, bo piszę od dziecka. Serio, zawesze wiedziałam, że właśnie to chcę robić. I dlatego pisanie na klawiaturze, nawet po pijaku, nawet po TAKIM pijaku nie przysparza mi większych problemów. I nawet wtedy wiem, by poprawiać błędy. Przynajmniej te, które nie tworzą fajnego efektu. Na przykład teraz zapomniałam napisał "f" przy "fajnego". A potem nie zrobiłam spacji przy "zapomniałam" i wyszło mi "terazz". A potem napisałam "zapomniełam", ale to nie jest tak zabawne (kabawne) jak "palcówna", więc to skasowałam. Bo taka jestem cholernie idealna. I ideanalna też.

Zdaję sobie sprawę, że jestem trudnym człowiekiem. Ukształtowanym przez zwykłe dzieciństwo. Takie wiecie, bez wspomnień sałatki (załatki) makaronowej.

 Saatka3

Kocham Amerykanów. Zrobią majtki z sałatką makaronową.

A szukając tego cytatu, znalazłam to:

Bitch, please. I to na tle iRyja, kurwa! Tak jakbyście specjalnie chcieli, bym wami gardziła!

To nie tak, że ludzie mają nudne życie. Bo co, bo robienie sobie 80 foci dziennie, bo lubienie wszystkich supergłębokich cytatów z nikogo sprawia, że Twoje życie nie jest nudne? Że jesteś aktywną fotograficzką interesującą się literaturą? Bycze gówno.

Moje życie jest nudne. Przyznaję się bez bicia. I nie widzę potrzeby, by wtrącać się w to, czy Twój "słitheart", o przepraszam "#słitheart" jest z Tobą akutalnie w związku, czy puka się w głowę, widząc Twoje hasztagowe, tęskne wpisy.
I wiesz co jeszcze? Jaka jest różnica, między tym, że ktoś wtrąca się w Twoje życie - bo może ewidentnie popełniasz błąd, a ludzie którzy, z nieznanych mi przyczyn, troszczą się o Ciebie, chcą Cię przed tym ostrzec - a tym, że Ty siedzisz na pudelku i podniecasz się tym, że Sosze (bo tak się odmienia wyraz "Socha") widać szparkę, gdy wysiada z limuzyny? Czy nie sądzisz, że w takim razie Twoje życie też jest nudne? Czy kiedy ktoś jest osobą publiczną, to wypatrywanie jego szparki wśród wymodlonego cellulitu nagle staje się "hobby" i "zaangażowaniem"?

Iiii leci hejcik.

Przepraszam wszystkie osoby, które nie są takie pełne pozłacanych myśli. Ale wkurwia mnie, tak, wkurwia, ten współczesny świat rozpieszczonych dzieciaków, które twierdzą, że zbieranie iGadżetów to pasja, a strzelanie sobie 80 foci to pasja fotograficzna, a kupowanie sobie 300 bluzeczek i 200 tuszujących paskudny ryj podkładów to zainteresowanie modą i makijażem.

Czekam na hejcik. Tylko jeszcze rąbnę kolejny kieliszek.

A miałam pisać o sobie i moim postnoodlowym  perfekcjonizmie.

A chuj, to i tak nie zmieni serii "jesteś żałosna", która pojawiłaby się, gdyby ktoś mnie czytał.

Strzałka, maleńcy.

Rozstanie

kpina_ze_swiata

Rozstałam się z chłopakiem. Za obopólną zgodą - ponoć to cud w świecie związków. Osobiście nie mam pojęcia, bo był to mój pierwszy i jedyny chłopak.
Niektórzy czytelnicy mogą zakrzyknąć "O święty tuńczyku, czytam bloga czternastolatki! Exit, exit, EXIT". Nie. Nie mam czternastu lat. Mam dwadzieścia i pół. To pół jest istotne, bo kiedy w przypływie nastroju "Na chuj mi on, jestem młoda, ładna, piekę ciasta i używam dezodorantu, szmaty" chciałam założyć sobie konto na portalu dla singli. Okazało się, że muszę mieć skończone dwadzieścia jeden lat. Nie zamierzam kłamać na swoim profilu (kiedy to piszę, zaczynam zdawać sobie sprawę, że chyba jestem tym świętym Graalem, o którym tak wszyscy gadają), wobec czego zostałam skazana na kontakt bezpośredni. Cholera jasna, jestem w nim tragiczna.

milky

Ale po kolei. Teraz zamierzam opisać swój trzyipółletni związek. Nie ma na to szans, zważywszy na fakt, że jedno zdanie zajmuje mi pół strony. A poza tym, mam ze Słoniem mnóstwo wspaniałych wspomnień. (Na przykład to, że kiedyś nadałam mu przezwisko Pan Słoń, bo zapytałam, czy założyłby sobie na członka rurę od odkurzacza i zaczął nią kręcić jak człowiek-słoń).
Naprawdę. Dobrze nam razem było. Więc co się stało? Kiedyś słyszałam, że miłość nie może trwać więcej niż trzy lata, bo namiętność się wypala. Nasza namiętność się nie wypaliła, o nie. Wypaliło się za to wszystko inne, łącznie z nami - razem i osobno.

Kończę właśnie drugi rok studiów. Studiów, które dla osoby nudnej stanowią koszmar. Nie lubię imprez, Facebook'a, epatowania swoim ryjem z prawej, z lewej, z grzywką na prawo, na lewo i błyskania literką "i" przy wyciąganiu czegokolwiek z torebki (iTampony! Pomysł na biznes!) - wobec czego nie nadaję się na popularną dziewczynę. Nie widzę też potencjalnej kariery i długich godzin rozkoszy ukrytych między stronicami podręcznika, a także nie uważam, że piwo to siki szatana, więc nie przystaję z kujonami (no co, nikt nie mówił, że ludzie nieposiadający znajomych są mili, tylko nieśmiali. Mizantropi łączcie się... albo jebcie się. [tak, wiem, że mizantrop przejawia niechęć również do siebie - piszę, zanim poleci hejcik uświadamiacz]).

mizantropia
Tak czy siak, człowiek, jakby nie lubił swojego gatunku, mimo wszystko jest zwierzęciem stadnym. A nie utrzymując kontaktu ze stadem zaczyna gadać do zakrwawionej piłki.
Dlatego studia były dla mnie ciężkim okresem. Nie dlatego, że stanowią wyzwanie, wręcz przeciwnie, są przygnębiająco niewymagające i niewnoszące niczego do życia (wydaje mi się zresztą, że to cecha większości wyższych uczelni). Tak czy siak byłam w bardzo złym stanie psychicznym i rozumiem, że Słoniowi ciężko było to wytrzymać.

I może dlatego, a może z innych przyczyn, podjął pracę w KFC. Podjął i w niej przepadł.

Chcąc go odzyskać - o czym w kolejnym poście pod roboczym tytułem: "Każda kobieta jest szurnięta. Pogódź się z tym albo zostań gejem" - usiłowałam porozmawiać z nim na poważne tematy, bo dawno tego nie robiliśmy. Zatonęliśmy w bzdetach dnia codziennego.

Nie wiem, czy znasz Steve'a Harvey'a - facet prowadzi amerykańską Familiadę (która jest booska, naprawdę polecam, wpisz na YouTube Family Feud), a ponadto napisał poradnik "Act like a lady, think like a man" (Bądź damą, myśl jak facet), w którym tłumaczy babom, jak myśli chłop. I na podstawie tej książki powstał film, skąd znam pytanie, do zadania na pierwszej randce: "Jakie są Twoje cele długo i krótkoterminowe?".

Odnośnie Family Feud:

https://www.youtube.com/watch?v=YHnhbEzJAS8

Zadałam to pytanie Słowniowi. Co się okazało? Nie ma żadnych. Żadnych planów!

Chciałby wygrać w totka 40 milionów, nakupować sobie dużo ładnych ciuchów, szytych na miarę garniturów, szybkich samochodów i kilka razy w tygodniu przyjść do pracy do KFC, żeby nie stracić kontaktu ze światem.

Tak, tak powiedział.

A ja zaczęłam się zastanawiać, dlaczego w takim razie zakochałam się w tym człowieku?
I zdałam sobie sprawę, że kiedyś taki nie był. Gdy się poznawaliśmy (przez Internet), miał pasje, znajomych, czytał różne artykuły i rozmowy z nim były fascynujące. I dlatego zakochałam się w nim, jeszcze zanim go spotkałam. Tak, właśnie tak. Mógłby być starym dziadem, kobietą albo psem, a ja i tak bym go kochała. Okazało się, że nie kłamał, nigdy nie kłamał, nawet pisząc ze mną - wtedy - na GG. I za to kochałam go jeszcze bardziej.

Ale czy kocham nadal? No właśnie. Trudno jest kochać kogoś, kto nie czuje tego samego, kto nic nie czuje. Kto stanowi wydmuszkę człowieka. Bo gdy zaczęłam o tym myśleć, zdałam sobie sprawę, że on nie tylko stracił swoje plany. Stracił wszystko - znajomych, hobby, aspiracje. Tak jakby sensem jego życia stały się kurczaki.

Byłabym hipokrytką, gdybym rzuciła go z tego powodu - jeszcze pół roku temu sama wyglądałam podobnie. Ale wyszłam z tego. Nie potrafię powiedzieć jak, po prostu nastąpił impuls, który zmusił mnie do działania (właściwie to potrafię, ale był to idiotyczny impuls. Może opiszę go kiedy indziej). I dlatego wiem, jak puste jest takie życie. I że można z tego wyjść. Chciałabym mu w tym pomóc, problem polega jednak na tym, że on tego nie chce...

Podesłałam mu jakieś artykuły, na interesujące go tematy. Zachęcam go, by robił to, co go uszczęśliwia, skoro już go nie ograniczam (zabierałam mu 1/3 czasu między pracą, a spaniem). Proszę, by mniej pracował - nie musi aż tyle siedzieć w pracy. Ma niepełny etat, a pracuje po 200 godzin miesięcznie. Może przesadzam, ale na pewno wyrabia więcej, niż cały etat.

Na razie nie studiuje. Nie planuje wyjechać. Mieszka z mamą. Twierdzi, że musi tyle pracować, by pomóc jej finansowo, ale kiedyś radziła sobie bez tej pomocy. Poza tym wydaje mi się, że wolałaby częściej go widzieć, niż mieć więcej pieniędzy - jak dzieci pracoholików...

Nie chcę uszczęśliwiać go na siłę, ale nie mogę patrzeć, jak marnuje swoją duszę. I dlatego poprosiłam by się odezwał, gdy już wróci do normalności. Nie wiem, czy to zrobi - czy wróci i czy się odezwie...

I wbrew pozorom - to nie był powód, dla którego postanowiliśmy się rozstać. Przynajmniej nie pierwotnie...

 

Jestem nudna

kpina_ze_swiata

Długo martwiłam się tym, że moje pasje nie są szczególnie pasjonujące. Że nie wychodzę z domu w piątkowe wieczory. Że nie mam znajomych, a tych, których zdobyłam, nawet nie lubię. Aż w końcu doszłam do wniosku: po co? Nie sprawia mi to frajdy. Czemu więc się wysilać? Czemu udawać, że jesteśmy fascynującą osobą, gdy prawda wygląda tak, że jesteśmy po prostu nudni?

Jeśli zaakceptujemy siebie, to nawet nuda może wciągnąć...

© Jestem nudna i dobrze mi z tym!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci