Menu

Jestem nudna i dobrze mi z tym!

I piszę nie przejmując się słowami...

Statysta życia

kpina_ze_swiata

Pozwoliłam sobie wczoraj na pijacki wpis. Tak, pozwoliłam. Bo nawet kiedy puszczają mi hamulce, to cały czas jadę na emocjonalnym ręcznym (i dosłownym też, bo nie mam faceta). Cały czas jestem pozapinana, zamknięta, niepewna. Ale staram się to zmieniać. Nauczyłam się tego głównie od Goplany, która potrafi wejść na zmywak, podnieść koszulkę i pokazywać wszystkim brzuch mówiąc "Ale mi Kryśkę wydęło". Swobodnie opowiada o tym, że kiedyś była pustakiem, albo że zdarzyło jej się naćpać i zostawić majtki na placu zabaw. Raz, ale pamiętny, choć zamazany. Mówi o tym bez wstydu, bo, jak twierdzi, kiedy sama o wszystkim rozgada, nie będą na jej temat chodziły żadne plotki.

Podoba mi się takie luźne podejście do życia. Jest prostsze. I sprawia, że ludzie naprawdę chcą Cię słuchać. Bo widzą twoją szczerość, bardzo łatwo, instynktownie wyłapuje się fałsz. Nikt nie chce się zadawać z kimś fałszywym. Nawet jeśli ktoś okłamuje sam siebie.
Dla mnie to wciąż nowe podejście, przyznawać się do swoich emocji. A na blogu jest to dla mnie szczególnie trudne, bo wiem, że może to trafić do niepowołanych dusz. I to nie tak, że nie umiem być z tymi duszami szczera. Po prostu martwię się, że prawda może je zaboleć.

Takie bezstresowe sunięcie przez świat objawia się też w innych rzeczach. Ostatnio przyszłam do pracy bez stanika. A kiedy szłam po prasę - muszę ją przynieść z Empiku - wzięłam ze sobą kubek z herbatą. To takie trochę woodstockowe życie. Podoba mi się.

Teraz już sama chcę utrzymywać i zacieśniać więzy z ludźmi. Otwierać siebie na nich i wpuszczać ich do siebie (choć już nie dosłownie). I czerpać z tego radość.
Choć robię to trochę źle.
Wspominałam już pewnie o tym, że na pierwszym roku studiów przeszłam załamanie nerwowe. Być może wtedy tak tego nie określiłam, bo nie potrafiłam, a także wstydziłam się nazwać to wprost. Ale wszystko na to wskazuje. Wyszłam z tego bez pomocy lekarzy, więc to raczej nie depresja. Jednak coś niedobrego działo się w mojej głowie i w moich uczuciach. Stwarzało to taki dyskomfort, że stopniowo pozbywałam się wszystkich tych uczuć. Aż nie czułam już nic.
Ocknęłam się z tego pewnego dnia - nie potrafię dokładnie określić kiedy, sądzę, że stanowiło to raczej proces wielkiej walki z samą sobą. Niewiele jednak z tego pamiętam, mój mózg to wyparł. A może po prostu nie mam czego pamiętać, bo tak jakby przestałam wtedy istnieć? Tak czy siak udało mi się z tego wykaraskać. Najpierw pomogły mi ćwiczenia. To czysta biologia, podczas wysiłku wytwarzają się endorfiny, endorfiny dają poczucie szczęścia. Ćwiczyłam więc ile wlezie. Zainteresowałam się swoją dietą, bo niezdrowe pożywienie również wpływa na nastrój.
Zaczęło się to zmieniać w obsesję. Bez przerwy myślałam o tym, co zjem za trzy godziny i która to konkretnie będzie pora. Co powinnam wyeliminować z diety. Kiedy zrobię kupę. Tak, to non-stop zajmowało moją głowę. I dobrze, bo wcześniej nic się tam nie znajdowało. Nie myślałam o niczym, bo kiedy sobie na to pozwalałam, zaczynałam płakać. Bez żadnego konkretnego powodu i właśnie to mnie tak przerażało. Że nie mam powodu by cieszyć się, by się smucić, by żyć.
Potem znalazłam sobie pasję. Wróciłam do starych zainteresowań. I to samo z ludźmi - odnowiłam przyjaźnie, nawiązałam nowe. I teraz już nie boję się pustki.

O ile mam jakieś zajęcie. I o ile spotkam się z kimś przynajmniej raz w tygodniu. Czasami martwię się tym, jak poważnie to traktuję, jakie tabelki tworzę w głowie. Podliczam sobie przyjaciółki i gdy się z nimi zobaczę odhaczam je z listy. Zaliczona, czas przejść do następnej.
Czynię tak ze strachu przed powrotem do Pustki. I choć spotkania z dziewczynami, w ogóle z ludźmi dają mi mnóstwo autentycznego szczęścia, to nie chcę robić tego z przymusu. Prowadzić statystyk.

Może po prostu za bardzo się tym przejmuję. Po pewnym czasie zaczęłam wychodzić na rower bez włączania Endomondo, by sprawdzić ile kalorii spalam. Potrafię też czasem po prostu z nikim się nie umówić i spędzić czas w domu, lepiąc koty, bez poczucia, że staję się żałosna. Coraz rzadziej zdarza mi się panikować, że oto nadciąga piątkowy wieczór, a ja nic sobie nie zaplanowałam. Nie muszę się już ruchać, by wypełnić tę pustkę, ponieważ tej konkretnej pustki już we mnie nie ma. I tylko czasem się upijam, korzystając z faktu, że jestem sama w domu. Nie po to, by o tym fakcie zapomnieć.

A jednak zdarza mi się. Myślę o tym. Przejmuję się. Piszę o tym wpis.
Boję się...

Syyyf

kpina_ze_swiata

Sooo, yeeeah... Upiłam się i smęcę. Kto by się spodziewał?!

Pilnuję kota siostryijejchłopaka i piję wino, które mi zostawili. To, czego mi nie zostawili też wchłonęłam, właśnie piekę ciastka z ich masła, cukru i mąki, a w tle leci jakiś gupi serial. CAŁA JAAA!!!

Więc jest tak... cykam się pisać co czuję i myślę, co mnie boli, bo mogą to przeczytać ludzie, którzy nie powinni tego czytać. Rozumiem, jestem zła, niemoralna, zasługuję na karę, ale KURWA TO JEST MOJE!!! Czemu nie mogę mieć nic swojego, mężczyzny, domu, życia?!

Więc tak... Nadal kocham Kubę. Wiecie o tym? Wspomniałam. Kocham. Boli. A Kuba może tu być, patrzeć na to bez mojej wiedzy i zgody. SPIERDALAJ, CHUJU, NIE MIAŁEŚ PRAWA TEGO CZYTAĆ!!! Znalazł sobie sam i, jak się dowiedziałam, czytał wszystko o nas, gdy byliśmy razem. Super, dzięki, czuję się zgwałcona.
Boże, mam w sobie tak sprzeczne emocje. Z jednej strony myślę "Boże, dobrze Ci tak, a w dodatku tu nie ma sera, CIERP!!!", a z drugiej wreszcie chciałabym być w pełni szczęśliwa. Smutam.

Więc tak. W pijackim szale (piłam z Agiszonem. Zleciła mi podrywanie jej byłego, a po 15 minutach pisania dostałam zdjęcie jego penisa. MĘŻCZYŹNI CHCĄ MNIE TYLKO DO RUCHANIA!!!) napisałam do Kuby. Tydzień temu. Od tamtej pory z nim piszę, tak jakbyśmy znów zaczynali. No wiesz. Zaczynali...
Ale w końcu spytałam czy chce być tylko moim kumplem. Wypłynęło w rozmowie. A jemu wypłynęło, że nie wie co będzie za tydzień, miesiąc, rok. Kurwa, serio, kurwa?! Nie chcę być osobą, która nie wie kim jest, bo czeka na decyzję jakiegoś fiuta.
Chwilka, zostawiłam ciasto w piekarniku... i wino w umywalce...

Jestem beznadziejna. Mam stałą pracę, to nagle czuję, że muszę znaleźć faceta. A po co mi on? Dobrze mi bez niego. Naprawdę. Czytając swoje stare wpisy (kim ja byłam?!) zauważyłam, że będąc z kimś w związku bardzo się zmieniam. Zatracam się i tracę swój charakter, czas, zainteresowania, znajomych. Nagle jestem tylko dla Niego. A On tego nie docenia. Bo jak ma, skoro nie jestem już tą samą dziewczyną, w której się zakochali? Tylko jakimś cieniem jej.
A będąc sama piszę. Teraz nie umiem. Widzisz? Syyyf. A przecież mam tylko zarys faceta, który daje mi nadzieje, na coś, ze może coś sobie ubzdurałam...

Na chwilę człowiek pożyje...

kpina_ze_swiata

Siema!
Mogę tak pisać, bo to mój Blog i tutaj wszystko mi wolno (nie to, że ogólnie w życiu się ograniczam i traktuję je tak, jakby mi czegoś nie było wolno, nawet jeśli zabrania mi tego choćby taki wymysł jak moralność czy jakieś tam prawo. Jak nie wolno, to szybko)
Znalezione obrazy dla zapytania jeśli czegoś nie wolno a bardzo się chce to można
...a poza tym, BYŁAM NA WOODSTOCKU!!!
Nie obraź się o tego capslocka, wyobraź sobie co przeżywała Goplana, gdy pisałam jej tak przez dwa tygodnie, kilka razy dziennie.

JEDZIEMY NA WOODSTOCK!!!!!!!
AAAAAAAA!!!!!
KURWA!!!!!!!!

Szósta rano, a tu Kpina wstała i drze klawiaturę, że jedziemy na Woodstock. Za dziesięć dni. Dziewięć, osiem... A teraz czekamy rok na kolejny.
Woodstock jest fantastyczny. Jedyny w swoim rodzaju. Inny świat. Aż mi się płaksiać chce, kiedy pomyślę, że już się skończył. Choć nawet już w pociągu przestała panować ta cudowna atmosfera, a z ludzi zaczęła wychodzić warszawka. Ale to i tak najlepsze, czego w życiu doświadczyłam. Może kiedyś opiszę cały wyjazd… w jakichś siedmiu wpisach, bo przez rok nie spotkało mnie tyle przygód co przez ten weekend. Ale na razie skrót newsów, bo nie pojawiałam się tu ze sto lat! Wiem, wiem, o ja niedobra, a mam, a mam, lubię to suko.

Dobra, zacznę chyba od najważniejszego: zostałam bibliotekarką. Tak. Robię to, do czego się wykształciłam. I wiesz co? Świetnie się do tego nadaję. Umiem bez narzekania wytrzymać cały dzień siedząc na Facebooku, czytając komiksy w Internecie i książki. I uwaga: pisząc. Tak, zaczęłam pisać coś, co może kiedyś odważę się wysłać do wydawnictwa. Ale najpierw to skończę. A potem upiję się do stanu, w którym człowiek stwierdza, że pisanie do byłego w środku nocy to fantastyczny pomysł. To znaczy, jak dla mnie nie ma nic dziwnego w kontaktowaniu się sobie z byłym. No chyba, że odzywa się Pan Słoń, który “napisał do dziewczyny, z którą kiedyś dobrze mu się rozmawiało". Serio, Pan Słoń wyjechał do mnie z właśnie takim tekstem. Niesamowite jest to, że totalnie nic już do tego człowieka nie czuję. Nawet sympatii. Nie wiem czy zawsze był taki dziwny i irytujący, a ja się w nim głupio zakochałam i tego nie dostrzegłam. Czy zmienił się w kogoś takiego? Tak czy siak, stał mi się zupełnie obcy. Bo kurczę, jeśli ktoś musi pisać do byłej, bo nie ma z kim rozmawiać, to jest po prostu smutne. I żałosne. No chyba, że ktoś się przyjaźni z byłym, jak ja z Kamilem. Fakt, nie znasz Kamila. To barman z mojej starej pracy. Spotykałam się z nim, uwaga, dwa tygodnie. Co za gimnazjum! Podobało mi się, wreszcie poczułam się szczeniacko. Brakowało mi tego, bo przez całą szkołę nikt się mną nie interesował.

Kamil też zasługuje na kilka osobnych wpisów. Serio, długo mnie tu nie było.
A czemu Kamil to Kamil, a nie np Krokodyl (cholera, Krokodyl do niego pasuje), Koala (em, Koala też. To może Ci dawać pewien obraz tego jak złożoną [czytaj: popieprzoną] osobą jest Kamil) czy Paź Królowej? Bo już nie mam ochoty traktować mężczyzn jak zwierzęta.

Wrócę jeszcze do Pana Słonia - nie, nie zmierzam do niczego konkretnego, mogę tak skakać z tematu na temat - do tego stopnia nic do niego nie czuję, że nie martwię się nawet, iż pewnie to przeczyta. Bo dostał adres mojego bloga od Pierduśki. Wyborne zagranie, moja droga, faktycznie poczułam ukłucie czegoś, kiedy oświadczył mi, że domyślił się paru pseudonimów. Słoń wie, że spałam z Borsukiem. Że myślałam o ogolonych jądrach Żurawia (jeśli to Twój pierwszy raz na moim blogu to… chyba lepiej nie wnikaj. Bo już się nie wygrzebiesz…)

A propos Pierduśki (tak, Kpino, to genialny pomysł by zmieścić pięć miesięcy milczenia w jednym wpisie, szczególnie kiedy się jest debilem-wariatem i co dwa dni spotyka Cię idiotyczna przygoda z własnej winy i woli) napisałam do niej list. Na kartce, taki oldschool. Dobra, żarty na bok, i tak wiesz, że ukrywają zdenerwowanie.
Zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy jej nie przeprosiłam. A ona na to zasługuje. Zasługuje na wszystko, co najlepsze. I była za dobra dla mnie. I dla Kuby. Tego imienia mogę użyć swobodnie, bo i tak wszyscy, którzy mieli go nie znać już je poznali.

Mam nadzieję, że Pierduśka jest szczęśliwa. A co do Kuby… cóż, wciąż go kocham. W jakiś kretyński, autodestrukcyjny sposób. Choć nie zapomniałam, jak koszmarnie wyglądał nasz związek. Ale, będąc na wczasach z jogą (stałam na głowie!), podczas medytacji zrozumiałam, że mogę go sobie kochać, nawet jeśli nie mogę z nim być. I to nie stanowi powodu do smutku. Bo ta miłość jest dobra, choć zbudowana na bardzo złych fundamentach. Jak dom, który się zawalił, ale jego mieszkańcy naprawdę się kochali.
No i wiesz… dom zawsze można odbudować…

Zamierzałam tu skończyć, ale po przeczytaniu swoich wypocin stwierdziłam, że nie są aż tak długie i jeszcze coś tu wcisnę. Otóż podczas medytacji spotkałam swoją duszę. Tak, widziałam ją. Wygląda tak jak ja, tylko ma oczy jak dwie drogi mleczne. Nie widać ich, bo ukrywa je pod okularami przeciwsłonecznymi, nosi czarną skórę, białą sukienkę i wianek na głowie. Gra na saksofonie i cały czas je niekończącą się kanapkę z chlebem tostowym, szynką i sałatą. Kiedy gra, wkłada ją do saksofonu, a kanapka lata wszędzie wokoło. I moja dusza jest troszkę chujem, ale tak w sumie to spoko. Wie sporo rzeczy, które mój mózg przede mną ukrywa. Jeszcze kiedyś z nią porozmawiam, gdy będę napotkam na swej drodze jakiś problem. Tyle że na razie nie napotykam (hejterzy: jeszcze!). Żyję sobie w tralala, nie wiem jak długo to potrwa, bo nie oszukujmy się, to przecież ja. Dziś spędzę wieczór sama w butelce i zacznę beczeć, że mężczyźni chcą mnie tylko do robienia loda i deseru, buuuu. Zobaczysz. A jeśli nie… to przygotuj się na więcej takiej radosnej Kpiny. Radosna Kpina. Oksymoron.

A na zakończenie, oto potwierdzenie mojego zawodu (choć, raz nie miłosnego, ha ha… ha.):

Tak, wypożyczyłam to wszystko, plus jedną powieść zostawiłam w robocie. Najlepsze, że na co dzień pracuję w czytelni naukowej, a w tej stercie znajdują się tylko trzy naukowe książki. Resztę przytachałam do domu po dwóch dniach spędzonych w innej filii.

Specjalnie zrobiłam zdjęcie tak, żeby dało się zobaczyć tytuły. Bo wiem, że dużo osób czuje tak jak ja: gdy lubi kogoś w Internecie, to zmienia się w stalkera i chce go poznać z KAŻDEJ strony. Przynajmniej pragnę wierzyć w to, że nie tylko ja się tak zachowuję. I nie tylko z ludźmi w Internecie. I że nie tylko ja sprawdziłam w bazie czytelników wszystkich moich współpracowników, żeby wiedzieć kiedy się urodzili i gdzie mieszkają. No, przecież, że nie tylko ja. Prawda?...

Uważaj, gdzie wypożyczasz książki. Bibliotekarz też może się okazać stalkerem. Kampania społeczna. Na plakacie goła Kpina przyklejona do szyby. Gdyby rozwieszać takie plakaty w autobusach, trzeba by tam było znacznie częściej sprzątać...

Czekając na wolność

kpina_ze_swiata

Przywilej bycia singielką pozawala mi w niedzielę wielkanocną oglądać drugą część Greya. Boże, jakie to głupie. Śmieję się jak wściekła, a podnieca mnie tylko garderoba, którą on jej kupił. Piękna. Piękna. Chcę taką. Och.
Oczywiście był to idealny moment, by napisał do mnie Borsuk. Ten to ma wyczucie.
Spokojnie, zanim opuścisz spodnie i sięgniesz po swoją chusteczkową kochankę, wspomnę, że Borsuk ma dziewczynę. Nasz czas ulotnych szczęśliwości już minął, od teraz już zawsze my będziemy się mijać. Szkoda. Naprawdę, szkoda.
Oczywiście, gdybym chciała, mogłabym go odbić. Ale nie chcę. Chyba... dorastam? Ha, dziwne uczucie. Bukowski już nie zamierza mnie znać. I dobrze, bo nie żyje od dwudziestu paru lat. A nekrofilia jest zbyt popieprzona nawet jak na mnie.

Borsuk troszkę mnie podrywa. Wiem, kiedy facet mnie podrywa, jestem weteranką wojny w zatoce moich nóg. Co świadczy o tym, że z tą jego dziewczyną chyba długo nie pobędą. Spokojnie, zaczekam. Nie mam teraz parcia na seks, ale gdybym miała szansę na seks z Borsukiem, to parcie by się pojawiło. Och tak. Doznania prawie takie, jak przy oglądaniu garderób. Prawie.

Na razie jestem seksualnie uspokojona. I nadal mam dosyć facetów.
Gdybym teraz miała chłopaka, nie mogłabym sobie w piątek pojechać do Łodzi.
Zdecydowałam się na to w czwartek w środku nocy, gdy moja znajoma z pracy, Finlandia, stwierdziła, że po raz pierwszy jedzie tam pociągiem do chłopaka i chciałaby, żeby ktoś jej towarzyszył. Do Łodzi zawsze mnie ciągnęło, z uwagi na klimat tego miasta. I dlatego, że mój były był tam ze swoją byłą. Zdanie jak z brazylijskiej telenoweli.

Chwalił to miasto i chwalił, a ja zazdrościłam i zazdrościłam. Aż w końcu pojechałam tam sama. I nadal zazdrościłam.
Stanęłam przed miejscem, w którym on jej robił zdjęcie. Kiedyś mi je pokazał, a mnie ścisnęło w środku. I już nie chciałam słuchać jego wspomnień na ten temat.
Stanęłam tam i zrobiło mi się przykro. Bo dla mnie nigdy nie miał czasu i pieniędzy, by gdzieś jechać.
Teraz, gdy już leżę pod bezpieczną i swojską kołderką z alkoholu, myślę, że to dobrze, że jestem sama. Mogę sobie nagle zniknąć i nie martwić się, czy komuś przez to smutno. Mogę sobie sama pozwiedzać i czerpać z tego frajdę. I czerpałam. Jak już się pogodziłam z tym, że muszę zapłacić 110 zł za przejazd tramwajem na gapę. Jeden przystanek! Ale będzie z tego zabawne wspomnienie i nauka na przyszłość, by w obcym mieście najpierw kupić bilet. I sprawdzić godziny funkcjonowania muzeów, by nie gubić się przez pół miasta, a potem stwierdzić, że zostało pół godziny do zamknięcia jednego, a drugie jest w piątki nieczynne. Serio, można to zrobić w podróży, zamiast się nudzić, a potem robić z siebie atrakcję dla miejscowych, gdy się kurwi pod nosem.

Mimo wszystko Łódź mi się podobała. Miała ten robotniczy klimat, który ja noszę w sobie. Ludzie przeklinają na ulicy. Są cyniczni na murach. To właśnie uważam za piękno.
IMG_20170414_150821
IMG_20170414_1952191Nie bądź cipą. Jak nie odbiera, znaczy że nie kocha. I tak samo z życiem. Jak pokocha, to samo zadzwoni.

Nie znam się na tych idiotyzmach

kpina_ze_swiata

O Boże, właśnie zdałam sobie sprawę, że zamieniam się w swoją matkę!
Znalezione obrazy dla zapytania moja matka śmieszne
Odziedziczyłam szerokie biodra, duży biust i wyraźne brwi, których nie muszę malować kredką jak transwestyta. I starczy! Absurdalne poczucie humoru - biorę. Wytrwałość, pracowitość, siłę - moje. Ale dlaczego, do cholery, zaczynam się "nie wtrącać"?!

"Nie wtrącam się", to ładne hasło, o ile faktycznie wisi Ci, że ktoś marnuje sobie życie. Koleżanka wychodzi za ćpuna? Super, może da jej jakiś dreszczyk emocji i poczucie niebezpieczeństwa, które aktywuje w niej Super-Zaradną-Kobietę. To jest niewtrącanie się.
Moja matka powie Ci, że się nie wtrąca. Że się nie zna. A w głowie już przylepi Ci łatkę idioty. Wiesz, że to zrobiła, bo jej twarz to wyrazi. Jej postawa.

Goplana przesłała mi dziś tekst jakiegoś buca. Tekst miał w sobie wiele racji, ale był napisany w prowokacyjnym, wulgarnym stylu, który ma za zadanie przyciągnąć czytelnika. Nuda.
Ogólnie wpis opowiadał o tym, że kiedyś faceci to byli fajni, a teraz już nie są (czyli jak sprawić, by młode dupy szły do łóżka ze starym dziadem. Koleś napisał to wprost!). Że kiedyś inaczej się wychowywało i mężczyzna był mężczyzną, a nie "ciotopedałem".
Nie zgadzam się. Może i racja, że teraz narobiło się takich więcej, ale to chyba taki wiek, wiek zagubienia. Dawno wojny nie było, czy coś. Jak zwierzęta długo nie mają naturalnych wrogów, to im odpierdala.
Poza tym nie sądzę, żeby obecni czterdziestoparolatkowie byli w jakikolwiek sposób lepsi, tylko dlatego, że są starsi. Goplana ubzdurała sobie, że każdy chłopak z naszego pokolenia jest beznadziejny, a każdy starszy facet to skarb. Tylko dlaczego jeśli jest takim skarbem, to w tym wieku nie ma żony, albo chociaż dziewczyny?
Goplanie się wydaje, że chce, by facet za nią wszystko zrobił. Ale znam ją i wiem, że zagryzłaby takiego kolesia. Bo to ona chce rządzić.
A nawet jeśli nie, to dlaczego ona wymaga od faceta zdecydowania, skoro sama nie wie czego pragnie? Od życia, od przyszłości. Mówi, że jej to nie przeszkadza, że będzie co ma być. To dlaczego facet ma wiedzieć?

Od zawsze pojawiały się ludowe mądrości i głupoty, że mężczyzna jest głową, a kobieta szyją, która nią kręci. Czyli zawsze tak było! Teraz narosło mnóstwo księżniczek, które oczekują, że się wszystko za nie zrobi. Ale księżniczka coś jednak potrafi. Wydawać rozkazy. Mówić, czego pragnie. Nie oczekuje, że wszyscy się tego domyślą.

Nie powiedziałam tego jednak Goplanie, rzuciłam tylko "trzeba się pogodzić z wieczną masturbacją". Nie chciało mi się z nią kłócić (choć oczywiście zaraz pojawił się argument, że seks to nie wszystko). Mój ostatni związek opierał się głównie na kłótniach, nawet jeśli mieliśmy takie samo zdanie. Nazywaliśmy to "żywą dyskusją", ale w gruncie rzeczy chodziło o to, by pokazać, kto tu jest mądrzejszy, kto ma większe i dłuższe połączenia w mózgu. Na początku sprawiało mi to frajdę, ale po pewnym czasie stało się męczące. Bo w takich sporach nikt nie wygrywa. Ty mówisz swoje, ktoś swoje i nawet jeśli się ze sobą zgodzicie, to i tak dalej nie myślicie cudzego. Pytam więc: po co sobie strzępić język?

Może po to, żeby nie stać się moją matką?...

Tracę czucie w sobie

kpina_ze_swiata

Odczuwam w sobie jakiś taki brak uczuć. Brak głębi. Rozmawiałam z kolegą z pracy, oszołomem wyprzedającym swoje myśli, nawet te, których data przydatności już minęła. Nie zrozum mnie źle, to komplement.
Powiedział mi, że zima wydaje mu się taka trochę nierzeczywista, dopiero na wiosnę odzyskuje tę rzeczywistość. Jednak ostatnio nie mógł jej nigdzie znaleźć, dopiero kiedy kupił sobie Snickersa i trafił w nim na orzeszek, ten był bardzo realny. No co, mówiłam, że to myśli nieprzydatne do niczego. Choć mimo to nie zepsute.
Znalezione obrazy dla zapytania myśli śmieszne
Jestem jakaś taka wypalona. Wszystko się toczy wokół mnie, mogę się męczyć, mogę się bawić, ale jakoś tak tego nie czuję. Faktycznie, wszystko jest takie nierzeczywiste. Rzeczywistość jest poza mną, ale nie ma jej we mnie. Nawet nic mnie nie wkurza.
Przypomniałam sobie, że na początku istnienia bloga zrobiłam sobie test na toksyczność. Wyszedł mi w nim alarmujący wynik, świadczący o tym, że w moim odczuciu otacza mnie banda debili. Wtedy faktycznie tak myślałam. Ale zmieniłam się bardzo w ciągu tych niemalże dwóch lat (już tak długo zatruwam Ci życie i umysł, huhu!). Dziś powtórzyłam test. Jeśli wierzyć psychologom w PDFie, nie jestem już złym człowiekiem. Rzeczywiście, bardziej szanuję i nawet lubię innych. Znormalniałam.
Teraz dopiero czuję się nudna.
Co prawda nadal gardzę pustakami, którym kciuki w górę podnoszą ego. Wciąż kpię sobie ze studentów, dla których uczelnia to nie tylko droga do dobrego życia, to jest dobre życie!!!!!!!11 Tylko że gdy już nie otaczam się takimi osobami, gdy nie widzę na co dzień tych żałosnych zachowań, łatwiej mi podchodzić do innych bez automatycznej wrogości. I teraz życie jest łatwiejsze.

Tylko jakieś takie bardziej puste.
Czuję się ociupinkę wypalona. Ugasiłam się tolerancją.
Stąd moja chęć by pić. I palić. Nigdy nie miałam szczególnych ciągot w kierunku zaciągania się (co innego w kierunku ciągnięcia. O tak), czasem tylko wzięłam bucha od kogoś, kto jarał najbliżej butelki. A teraz chce mi się palić, wychodzę z domu i żałuję, że nie wzięłam fajek znalezionych na podłodze w klubie (napiwki sprzątaczki). Kiedyś papieros mnie otwierał, nagle wpadały mi do głowy szalone pomysły i albo je realizowałam ("zawsze mi się podobałeś, to pomyślałam, że w końcu się odezwę..."), albo je opisywałam. A teraz palę i nic. Upijam się codziennie i nic. Susza. Nawet ruchać mi się nie chce. Kim ja jestem?!

Może eliminowanie stresorów nie było dobrym pomysłem? Tak samo samodoskonalenie i leczenie swojej psychiki. Po co mi to było, po co?!
Chciałabym to zmienić, ale w sumie mi się nie chce.
Kropla, która spływa po skale.

Odprężenie w nudzie

kpina_ze_swiata

Zaraz po zerwaniu, mam zawsze ochotę robić wszystko na przekór mojej przeszłości. Przeszłości z tym kimś.
Będąc ze Słoniem zamknęłam się w rutynie, uzależniłam od niego, przywykłam do jego fiuta. Nie znałam nic poza nim. Kiedy się rozstaliśmy, chciałam to zmienić, chciałam zakosztować młodości w takim wydaniu, które odbierało mi wczesne narzeczeństwo. Dlatego bardzo potrzebowałam się puszczać i robić inne złe rzeczy. To jednocześnie mnie niszczyło i leczyło, musiałam nisko upaść, by odbić się od dna.
Teraz zakończył się mój kolejny związek. Kończył się właściwie od jakiegoś czasu, od czasu gdy zdałam sobie sprawę, że będąc sama robiłabym dokładnie to samo. Nauczyłam się wtedy sama wychodzić, bardziej używać życia, bez mazania się w jego wydzielinach. Chodziłam na samotne spacery, do kina, na zakupy, do muzeum. I czułam się z tym świetnie, byłam z siebie dumna.

Kiedy z kimś zerwiesz, a otaczasz się wspaniałymi koleżankami, to nagle wszystkie bardzo starają się podnieść Cię na duchu, ale tak, byś tego nie zauważyła. Dlatego byłam w restauracjach i klubach, co tydzień, dwa dni pod rząd, szastałam kasą, której na koniec miesiąca już nie miałam i bawiłam się wspaniale. Tym razem mogłam już naprawdę czerpać przyjemność z tańczenia, bez szukania w klubie choć jednego napalonego zboczeńca, który wgapiałby się w mój tyłek. Już się wyszalałam pod tym kątem. Teraz chciałam dalej korzystać z mojego przywileju młodości, ale takiej bardziej dojrzałej. Liczyłam na to by po prostu pożyć sobie, myśląc przy tym racjonalnie.

Kiedy jednak moje koleżanki dostrzegły, że nie trzeba mnie trzymać za rękę podczas zapłakanych wizyt w toalecie, ulotniły się do swoich młodości, swoich żyć i swoich miłości. Skoro wiadomo, że się nie rozkleję, nie trzeba już udawać, że wszyscy faceci to dranie.

I teraz nastał dla mnie taki dziwny okres, gdy znów z nikim nie wychodzę, siedzę w domu, trwonię czas, upijam się w samotności, ale wszystko to już bez napięcia, że oto jestem żałosna, że powinnam ćwiczyć, integrować się z ludźmi, pić z kimś, kto najlepiej mi ten alkohol postawi, a potem ja postawię jemu. Nie. Jestem sobie nudna, leżę na łóżku, oglądam koty w Internecie i wiem, że tego mi właśnie trzeba. Choć to dokładnie to, co przez niemal rok robiłam w związku.
Są chwile, gdy zaczyna mnie to przytłaczać. Brak zajęć. Brak osoby, do której można pisać głupie teksty.
I napisałam do Żbika.
Haha, tak, popełniam te same błędy. To znaczy chciałam. Bo Żbik siedzi na L4 z powodu problemów psychicznych. Miał, cytuję "epizod psychotyczny albo zaburzenia lękowe".
To oficjalne. Wybieram mężczyzn, którzy są świrami. Logiczne, z normalnym bym się nie dogadała.

Troszkę szkoda, bo zdałam sobie sprawę, że zjebałam relację z nim. Byłam wtedy naprawdę popieprzona i spanikowałam, gdy okazało się, że dobrze idzie, za dobrze, że coś może z tego być, coś więcej, bliżej, za blisko, ratunku, duszę się. Ta myśl nie przypłynęła do mnie w stanie alkoholowego zamroczenia samotnością, nie. Ta myśl przychodziła do mnie bardzo często w ciągu ostatniego roku, natrętna i nękająca. Uporczywa. Stwierdziłam, że jak nie spróbuję, to nigdy nie będę w stanie o nim zapomnieć.
Spróbowałam. Ale on jest teraz w kiepskim stanie. Ja, ponieważ mam problem z nadmierną matczyną teresownością, byłam gotowa w to grać, jakoś go wspierać. Ale nie odzywa się. Po tej jednej rozmowie i kilku próbach z mojej strony, u niego cicho. Rozumiem, że ma trudny okres. I możliwe, że ten okres potrwa całe życie.
Być może dobrze wyszło. Po co pakować się w te wszystkie emocjonalne huśtawki, kiedy sama jestem dosyć niestabilna. Ale myśli chyba nadal będą uporczywe...

Szczerze, to nawet wygodne. Obrzydły mi już trochę relacje z mężczyznami. To, że czegoś od nich oczekuję, rzeczy w moim mniemaniu normalnych, a potem się zawodzę. To, że na początku wszyscy się starają i chcą nieba przychylić, a potem musi ci wystarczyć zwykła przyziemność. To, że bardzo często będąc z kimś, czuję się sama.
Wolę więc zatapiać się w swoich myślach, fantazjach, wyobrażeniach i na razie nie szukać miłości. I nie czekać, aż ona mnie znajdzie. Myślę, że to całkiem przyjemny sposób na życie. I na szukanie inspiracji do pisania.
Bo tak, rozważam pisanie. I nawet trochę piszę. Powoli. Cii...
Podobno najlepsze pomysły pojawiają się wtedy, gdy się człowiek nudzi.
Gdzie te internetowe koty? Czas pobyć nudną...
Tęskniłam za tym.

Umysł na leczeniu

kpina_ze_swiata

Czołem, ludkowie!
Znalezione obrazy dla zapytania cześć
Są powody, dla których nie powinnam znowu tego robić. Strach przed tym, że chęć pisania ciekawych historii zacznie manipulować moim życiem. Znowu. To, że znajomi dorwali się do tego adresu. To, że zrobili to ludzie, którzy zdecydowanie nie powinni tego czytać, nie tylko dlatego, że chcą zmienić mnie w emocjonalną kupę, ale również dlatego, że to skrzywdzi ich samych. Ale wiecie co?

Stęskniłam się, kurwa, za Kpiną.

To jeszcze nic pewnego. Ale coraz częściej myślę sobie, jak fajnie byłoby napisać coś na blogu, spotkać się z reakcją innych ludzi, żeby mogli mi powiedzieć "dziewczyno, ale pierdolisz".
Ostatnio udało mi się zdać sobie sprawę z tego, że tak właściwie to nie przez bloga zachowywałam się dziwnie, w sposób szalony i nieodpowiedzialny.
Ja wtedy taka byłam. Mój umysł, moja moralność przeszły infekcję. Jeszcze do końca się z niej nie wyleczyłam, ale jest lepiej.
Po części dzięki mojemu, obecnie byłemu chłopakowi.
Tak. Wszyscy ludzie, którzy pragnęli skrzywdzić mnie w odwecie mogą się cieszyć. Rozstaliśmy się.
Ale nie żałuję. Nie żałuję także, że ten związek się zaczął, nawet zważywszy na okropne okoliczności jego rozpoczęcia. Zanim zaczęliśmy się spotykać, odnajdywałam siebie w smętnych piosenkach. Bardzo odpowiadał mi wtedy, wciąż ukochany, Damon Albarn, śpiewający razem z Blur o czułości:

"Lord I need to find
Someone who can heal my mind"

I tak. Mój były pomógł mi uleczyć mój umysł. Zasługa nie należy tylko do niego. Przyczynił się do tego również fakt, że wreszcie skończyłam studia.

Skończyłam. Czujesz to? Poczuj ze mną tę ulgę, tę radość, tę wolność! Obroniłam licencjat! Mam wyższe! I chuj mi po nim! I tak sprzątam!
Taką mam pracę, sprzątam. Sprzątam brudne szklanki, rzygi, papier toaletowy. A także kłócę się z klientami, dla których dwa złote to za dużo za fakt, że nie będą musieli pilnować swojego płaszcza, gdy już schleją się jak świnie. A także nalewam piwo tym, którzy go potrzebują i mają dziesięć złotych za dużo.
Pracuję w klubach.
Ja! Uwierzysz? Ja, ta nudna, ta co kiedyś nie cierpiała klubów, choć nigdy w żadnym nie była! Ta, która nie znosiła muzyki w stylu umc-umc. Nadal jej nie znoszę, ale w pewnym momencie już jej nie słyszę. Biały szum, przez który przebija się tylko odgłos tłuczonego szkła. Bo to ja będę lecieć ze szczotką, by je zamieść.

I wiesz co? Uwielbiam to. Jest coś niesamowicie hipnotyzującego w gapieniu się na tańczący tłum, w byciu obserwatorem cudzej zabawy w upodlenie.
I tak, powinnam jeszcze zrobić magistra. Ciągle jakiś kretyn podrywa mnie, gdy stoję na szatni i skazuje się na obolałe jądra, bo zagaja rozmowę pytając "Co studiujesz?". Ja odpowiadam "Nic" i koniec podrywu.
Nie chcę jednak wracać do tego grobu. Studia zniszczyły mnie psychicznie, chyba po prostu się do tego nie nadaję. Pochodzę z rodziny z silnymi, robolowymi tradycjami, nie mogę nagle się od tego odcinać, dla jakiegoś wykształcenia.
Wiadomo, nie będę przez całe życie ścierać cudzej szminki z kieliszków, ale jak na razie bardzo mi to pasuje. Przez pewien czas czułam stały, wewnętrzny strach o to, że mam dwadzieścia dwa lata, żadnych planów, żadnych perspektyw, żadnej stałej pracy i nawet nie wiem co chcę robić, a w tym wieku już chyba powinnam. Ale potem, przebywając w szpitalu - powiem tyle, pozbywajcie się zębów mądrości, póki nie zaczną rosnąć jak zidiociałe - poznałam dwudziestoośmiolatkę pracującą na stacji benzynowej. Taką wyluzowaną i spokojną. Nie przejmowała się tym, że zaczyna jakieś szkoły, potem je kończy albo nie, ale jej życie się nie zmienia. Po prostu żyje i się tym cieszy.
Ja też tego zapragnęłam.
I teraz gdy ktoś się dziwi, że się nie rozwijam, nie czuję już z tego powodu wstydu. Chwilowo właśnie tego potrzebuję. Być może ta chwila potrwa całe moje życie. Ale zamierzam ją celebrować, zamiast tracić na coś, co nie daje mi szczęścia.

A czy dalej jestem nudna? Oczywiście. Bardziej otwarta, częściej wychodzę, mam mało czasu na czytanie, robienie kotów z filcu czy zamartwianie się tym, jaka jestem pojebana. Ale kiedy już ten czas znajduję, to świetnie się wtedy bawię, sama ze wszystkimi sobą.
I chyba znów chcę się tym z Tobą podzielić. Nawet jeśli to się na mnie zemści...

Dobrem zwyciężaj...

kpina_ze_swiata

Miałam taki okres w życiu, gdy chciałam być zła. Postępować w zły sposób. Po rozstaniu poczułam, że jestem wolna i młoda. W przeciwieństwie do tego, co odczuwałam w związku. Miałam wrażenie, że jestem bardzo stara. Chciałam zakosztować życia we wszystkich jego smakach. W tym gorzkim też.

Poza tym, to ładnie wyglądało na blogu.
Wszystko co napisałam było prawdą. Ale w pewnym momencie specjalnie modyfikowałam swoje zachowanie, właziłam w jakieś sytuacje, tylko po to, by je opisać. Każdy mój pamiętnik był w jakiś sposób stylizowany. Bo pisząc mam swój styl. I uważam, że jest częścią mnie. Bo tak jest. Ale nie powinnam mu pozwalać się zdominować.

Piszę o tym wszystkim, bo kolejna moja znajoma odnalazła bloga. Agejsza. Pewnie każdy człowiek zajrzałby do cudzego pamiętnika, jeśli miałby taką możliwość. Bo chcesz wiedzieć co ktoś o Tobie myśli.

Dostałam dziś wiadomości od Agejszy i postanowiłam przeczytać to, co o niej napisałam.
To były okropne rzeczy.
Popatrzyłam na to teraz, z perspektywy niemal roku i nie potrafiłam poznać się w tych tekstach. Czy ja naprawdę tak myślałam?

Niestety tak. Wolałabym udawać, że w pełni stylizowałam te wpisy. Ale jednak myślałam o niej w ten sposób i teraz mi to ciąży.
Bo zdałam sobie sprawę, że mam jakąś skłonność do ranienia osób, które są dla mnie dobre. Może to taki mechanizm obronny - jeśli ja skrzywdzę ich pierwsza, oni nie będą mogli skrzywdzić mnie. Jeśli wmówię sobie, że to nic dla mnie nie znaczy, nie będzie miało znaczenia, jeśli mnie opuszczą.
Może to kwestia wychowania. Choć wiesz, że staram się nie obwiniać o nic moich rodziców, nikogo nie obwiniać. Bo każdy jest kowalem swojego losu. Bo to moje życie i to ja decyduję jak będzie wyglądać. I czy poddam się swoim patologiom, czy będę z nimi walczyć.

Teraz chcę walczyć. Chcę się zmienić. Bo Agejsza pokazała mi, że można.
Wpadła w złe towarzystwo. Bo nie miała wsparcia, gdy najbardziej go potrzebowała. To również moja wina, bo ja ją wtedy opuściłam. Ale byłam wtedy głupia. Myślałam, że wiem lepiej. Dopiero gdy sama stanęłam w sytuacji dwuznacznej moralnie, zdałam sobie sprawę, że pewne rzeczy są silniejsze od Ciebie. Że czasem zdarza się coś z czym nie możesz - lub, w jakiejś pierwotnej części nie chcesz - walczyć. Pozawalasz by to się działo, nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że powinno się postąpić inaczej. Ale nie da się tego zrozumieć, dopóki samemu nie przeżyje się czegoś podobnego.

Tak czy siak, Agejszy się udało. Zmieniła swoje życie, zaczęła wybierać lepiej. Iść do przodu, rozwijać się. Bo potrafi. Bo chce z tym walczyć.
Przebaczyła mi i jestem jej za to bardzo wdzięczna. Ja nie zdobyłabym się na to, gdybym dowiedziała się, że ona postrzega mnie w równie podły sposób, w jaki ja postrzegałam ją. Ale to, że jej się to udało, daje mi nadzieję. Że można odnaleźć w sobie dobro i pozwolić mu zwyciężać.

Chcę być lepsza. Nie chcę już krzywdzić ludzi.
Zastanawiałam się nad tym, czy nie iść z tym do psychologa, ale znasz moją fobię przed lekarzami gmerającymi w mojej głowie.
Na razie spróbuję poszukać w sobie dobra. Agejsza działa w wolontariacie i namawia mnie, żebym się do niej przyłączyła. Myślę, że byłaby to dla mnie dobra terapia. Spotkać się z prawdziwym ludzkim cierpieniem i postarać się je zrozumieć. Postarać się coś poczuć. Bo całe życie ktoś zabrania mi odczuwać emocje. Moi rodzice, którzy uczucia traktowali jak obleśną narośl. Ja sama, która wmówiłam sobie, że to coś wstydliwego, żałosnego, miękkiego. Ale miękkość nie jest złą cechą.
Czasem myślę, że nie mam prawa czegoś czuć. Co nie zmienia faktu, że to czuję.
I wiem, że staram się czynić dobro z egoistycznych pobudek, co umniejsza jego wartość. Ale czy istnieje coś takiego jak mniejsze czy większe dobro?
Myślę, że dobro to droga, którą się kroczy. Nie coś, do czego się dąży. Coś, co się wybiera, kiedy istnieje możliwość pójścia na skróty, wśród cierni.

Zauważyłam, że większość krzywd, które wyrządzałam z innych, wynikła z mojego wygodnictwa. Bo gdy kogoś okłamałam czy wykorzystałam, zawsze coś na tym zyskiwałam. I tylko ja.
Nie chcę już kierować się moim konformizmem. Chcę się zmienić.
Ale nie uda mi się to, jeśli dalej będę żyła po to, by opowiedzieć ciekawą historię.
Dlatego na razie nie będę pisać bloga. Może raz na jakiś czas się odezwę. Zobaczymy.
Może uda mi się pozbyć tej chęci przyciągnięcia czytelnika. Jeśli nie, wybaczcie, że zrobię sobie chwilową przerwę.
Dziękuję jednak wszystkim, że ze mną byli, że czytali, że komentowali. Wiele to dla mnie znaczy i wielokrotnie mi pomogło.
Dziś nie będzie ciekawego zakończenia. I nie sprawdzę czy nie zrobiłam powtórzeń albo błędów składniowych.
Dziś po prostu napisałam siebie.

Nobelon

kpina_ze_swiata

nobelonDziś w nowej pracy dowiedziałam się, że po trzech pierwszych dniach szefowa ogląda na kamerach poczynania nowych pracownic, a potem decyduje czy chce je zatrzymać.
Dziś minął mój trzeci dzień...

Oczywiście, jako że to ja, natychmiast założyłam, że sobie mnie odpuszczą. Zawsze zakładam tylko najgorsze. Cała resztę ściągam, aż widać rów moich czarnych myśli.
Po piętnastu godzinach ciągłego pakowania prezentów, wciąż robię to albo ładnie, albo szybko. I głównie tym się martwię. Bo to cholernie istotny element mojej wypłaty.
Szkoląca mnie dziewczyna powiedziała, że dają tydzień na to, by to perfekcyjnie wypracować. Na więcej nie mają czasu. A klienci nie mają - lub nie chcą mieć - piętnastu minut na to, aż zawiążę im kokardki na uśmiechach bliskich.

I ponieważ to ja, zaczęłam już się przekonywać, że to nawet lepiej. Bo to praca nie dla mnie. Bo ja nie potrzebuję całego etatu, tylko dorywania się do kasy, z możliwością pierdzenia w kołdrze przez trzy dni w tygodniu.
I wtedy mogłabym pisać...

Teraz skupiam się na ukończeniu licencjatu. Jestem już bliżej niż dalej, ale termin już prawie rozjechał mi palce.
Kiedy to skończę, polezę na kosmetykę i nauczę się brać forsę za wyciskanie pryszczy. I będę się tego uczyć w trybie zaocznym. Mogłabym więc spędzać wiele czasu sama ze sobą i mną, tą drugą i trzecią mną, czyli tym co pisarze nazywają "dialogami".

A jednak... jest zawsze coś ważniejszego. Teraz to licencjat. Potem praca. Pryszcze. Miłość. Nienawiść. I wszystko to świetne tematy do książek, ale... trzeba chcieć.
Bo nie chodzi tu o brak czasu, znajduję go przecież na seriale i plądrowanie lodówki. To raczej... podjęcie ryzyka.

Żeby pisać naprawdę musiałabym w pełni się temu poświęcić. Uwierzyć, że jestem na tyle dobra, by z tego wyżyć. Że będę mieć szczęście, bo tytuł mojego debiutu będzie brzmiał tak samo, jak imię psa osoby, która czyści skrzynki w wydawnictwie. Że pomimo warunków na polskim rynku książki, ktoś jednak sięgnie po moją powieść i postanowi wydać na nią trzydzieści wacików.
Trudno w to uwierzyć.

Przecież w mojej głowie wciąż panuje chaos i niczego nie mogę skończyć. Skleję sobie patchworkową książkę, mieszankę mutantów z kochankami i buntownikami?

Chcę tego. Marzę o tym od dziecka. Umiem to robić. Zwykle. Czasem nawet na trzeźwo.
I pragnę, by wreszcie nie wisiało nade mną widmo przymusu. Bym nie musiała martwić się licencjatem, pracą, wykształceniem, tym czy rano wstanę, czy się nie załamię... Pewnie każdy o tym marzy. A ja mogłabym mieć szansę to osiągnąć. Dostałam narzędzia, a dalej napierdalam kamieniem w gałąź. To marnotrawstwo.

Ale co, jeśli nie jestem aż tak dobra?...

© Jestem nudna i dobrze mi z tym!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci