Menu

Jestem nudna i dobrze mi z tym!

I piszę nie przejmując się słowami...

Dobrem zwyciężaj...

kpina_ze_swiata

Miałam taki okres w życiu, gdy chciałam być zła. Postępować w zły sposób. Po rozstaniu poczułam, że jestem wolna i młoda. W przeciwieństwie do tego, co odczuwałam w związku. Miałam wrażenie, że jestem bardzo stara. Chciałam zakosztować życia we wszystkich jego smakach. W tym gorzkim też.

Poza tym, to ładnie wyglądało na blogu.
Wszystko co napisałam było prawdą. Ale w pewnym momencie specjalnie modyfikowałam swoje zachowanie, właziłam w jakieś sytuacje, tylko po to, by je opisać. Każdy mój pamiętnik był w jakiś sposób stylizowany. Bo pisząc mam swój styl. I uważam, że jest częścią mnie. Bo tak jest. Ale nie powinnam mu pozwalać się zdominować.

Piszę o tym wszystkim, bo kolejna moja znajoma odnalazła bloga. Agejsza. Pewnie każdy człowiek zajrzałby do cudzego pamiętnika, jeśli miałby taką możliwość. Bo chcesz wiedzieć co ktoś o Tobie myśli.

Dostałam dziś wiadomości od Agejszy i postanowiłam przeczytać to, co o niej napisałam.
To były okropne rzeczy.
Popatrzyłam na to teraz, z perspektywy niemal roku i nie potrafiłam poznać się w tych tekstach. Czy ja naprawdę tak myślałam?

Niestety tak. Wolałabym udawać, że w pełni stylizowałam te wpisy. Ale jednak myślałam o niej w ten sposób i teraz mi to ciąży.
Bo zdałam sobie sprawę, że mam jakąś skłonność do ranienia osób, które są dla mnie dobre. Może to taki mechanizm obronny - jeśli ja skrzywdzę ich pierwsza, oni nie będą mogli skrzywdzić mnie. Jeśli wmówię sobie, że to nic dla mnie nie znaczy, nie będzie miało znaczenia, jeśli mnie opuszczą.
Może to kwestia wychowania. Choć wiesz, że staram się nie obwiniać o nic moich rodziców, nikogo nie obwiniać. Bo każdy jest kowalem swojego losu. Bo to moje życie i to ja decyduję jak będzie wyglądać. I czy poddam się swoim patologiom, czy będę z nimi walczyć.

Teraz chcę walczyć. Chcę się zmienić. Bo Agejsza pokazała mi, że można.
Wpadła w złe towarzystwo. Bo nie miała wsparcia, gdy najbardziej go potrzebowała. To również moja wina, bo ja ją wtedy opuściłam. Ale byłam wtedy głupia. Myślałam, że wiem lepiej. Dopiero gdy sama stanęłam w sytuacji dwuznacznej moralnie, zdałam sobie sprawę, że pewne rzeczy są silniejsze od Ciebie. Że czasem zdarza się coś z czym nie możesz - lub, w jakiejś pierwotnej części nie chcesz - walczyć. Pozawalasz by to się działo, nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że powinno się postąpić inaczej. Ale nie da się tego zrozumieć, dopóki samemu nie przeżyje się czegoś podobnego.

Tak czy siak, Agejszy się udało. Zmieniła swoje życie, zaczęła wybierać lepiej. Iść do przodu, rozwijać się. Bo potrafi. Bo chce z tym walczyć.
Przebaczyła mi i jestem jej za to bardzo wdzięczna. Ja nie zdobyłabym się na to, gdybym dowiedziała się, że ona postrzega mnie w równie podły sposób, w jaki ja postrzegałam ją. Ale to, że jej się to udało, daje mi nadzieję. Że można odnaleźć w sobie dobro i pozwolić mu zwyciężać.

Chcę być lepsza. Nie chcę już krzywdzić ludzi.
Zastanawiałam się nad tym, czy nie iść z tym do psychologa, ale znasz moją fobię przed lekarzami gmerającymi w mojej głowie.
Na razie spróbuję poszukać w sobie dobra. Agejsza działa w wolontariacie i namawia mnie, żebym się do niej przyłączyła. Myślę, że byłaby to dla mnie dobra terapia. Spotkać się z prawdziwym ludzkim cierpieniem i postarać się je zrozumieć. Postarać się coś poczuć. Bo całe życie ktoś zabrania mi odczuwać emocje. Moi rodzice, którzy uczucia traktowali jak obleśną narośl. Ja sama, która wmówiłam sobie, że to coś wstydliwego, żałosnego, miękkiego. Ale miękkość nie jest złą cechą.
Czasem myślę, że nie mam prawa czegoś czuć. Co nie zmienia faktu, że to czuję.
I wiem, że staram się czynić dobro z egoistycznych pobudek, co umniejsza jego wartość. Ale czy istnieje coś takiego jak mniejsze czy większe dobro?
Myślę, że dobro to droga, którą się kroczy. Nie coś, do czego się dąży. Coś, co się wybiera, kiedy istnieje możliwość pójścia na skróty, wśród cierni.

Zauważyłam, że większość krzywd, które wyrządzałam z innych, wynikła z mojego wygodnictwa. Bo gdy kogoś okłamałam czy wykorzystałam, zawsze coś na tym zyskiwałam. I tylko ja.
Nie chcę już kierować się moim konformizmem. Chcę się zmienić.
Ale nie uda mi się to, jeśli dalej będę żyła po to, by opowiedzieć ciekawą historię.
Dlatego na razie nie będę pisać bloga. Może raz na jakiś czas się odezwę. Zobaczymy.
Może uda mi się pozbyć tej chęci przyciągnięcia czytelnika. Jeśli nie, wybaczcie, że zrobię sobie chwilową przerwę.
Dziękuję jednak wszystkim, że ze mną byli, że czytali, że komentowali. Wiele to dla mnie znaczy i wielokrotnie mi pomogło.
Dziś nie będzie ciekawego zakończenia. I nie sprawdzę czy nie zrobiłam powtórzeń albo błędów składniowych.
Dziś po prostu napisałam siebie.

Nobelon

kpina_ze_swiata

nobelonDziś w nowej pracy dowiedziałam się, że po trzech pierwszych dniach szefowa ogląda na kamerach poczynania nowych pracownic, a potem decyduje czy chce je zatrzymać.
Dziś minął mój trzeci dzień...

Oczywiście, jako że to ja, natychmiast założyłam, że sobie mnie odpuszczą. Zawsze zakładam tylko najgorsze. Cała resztę ściągam, aż widać rów moich czarnych myśli.
Po piętnastu godzinach ciągłego pakowania prezentów, wciąż robię to albo ładnie, albo szybko. I głównie tym się martwię. Bo to cholernie istotny element mojej wypłaty.
Szkoląca mnie dziewczyna powiedziała, że dają tydzień na to, by to perfekcyjnie wypracować. Na więcej nie mają czasu. A klienci nie mają - lub nie chcą mieć - piętnastu minut na to, aż zawiążę im kokardki na uśmiechach bliskich.

I ponieważ to ja, zaczęłam już się przekonywać, że to nawet lepiej. Bo to praca nie dla mnie. Bo ja nie potrzebuję całego etatu, tylko dorywania się do kasy, z możliwością pierdzenia w kołdrze przez trzy dni w tygodniu.
I wtedy mogłabym pisać...

Teraz skupiam się na ukończeniu licencjatu. Jestem już bliżej niż dalej, ale termin już prawie rozjechał mi palce.
Kiedy to skończę, polezę na kosmetykę i nauczę się brać forsę za wyciskanie pryszczy. I będę się tego uczyć w trybie zaocznym. Mogłabym więc spędzać wiele czasu sama ze sobą i mną, tą drugą i trzecią mną, czyli tym co pisarze nazywają "dialogami".

A jednak... jest zawsze coś ważniejszego. Teraz to licencjat. Potem praca. Pryszcze. Miłość. Nienawiść. I wszystko to świetne tematy do książek, ale... trzeba chcieć.
Bo nie chodzi tu o brak czasu, znajduję go przecież na seriale i plądrowanie lodówki. To raczej... podjęcie ryzyka.

Żeby pisać naprawdę musiałabym w pełni się temu poświęcić. Uwierzyć, że jestem na tyle dobra, by z tego wyżyć. Że będę mieć szczęście, bo tytuł mojego debiutu będzie brzmiał tak samo, jak imię psa osoby, która czyści skrzynki w wydawnictwie. Że pomimo warunków na polskim rynku książki, ktoś jednak sięgnie po moją powieść i postanowi wydać na nią trzydzieści wacików.
Trudno w to uwierzyć.

Przecież w mojej głowie wciąż panuje chaos i niczego nie mogę skończyć. Skleję sobie patchworkową książkę, mieszankę mutantów z kochankami i buntownikami?

Chcę tego. Marzę o tym od dziecka. Umiem to robić. Zwykle. Czasem nawet na trzeźwo.
I pragnę, by wreszcie nie wisiało nade mną widmo przymusu. Bym nie musiała martwić się licencjatem, pracą, wykształceniem, tym czy rano wstanę, czy się nie załamię... Pewnie każdy o tym marzy. A ja mogłabym mieć szansę to osiągnąć. Dostałam narzędzia, a dalej napierdalam kamieniem w gałąź. To marnotrawstwo.

Ale co, jeśli nie jestem aż tak dobra?...

Mój wódz Goplana

kpina_ze_swiata

Mój blog nagle zrobił się popularny i dowiedziało się o nim dużo osób. Między innymi wspominana tutaj Goplana, która zwróciła mi uwagę na to, że jest tu wyłącznie "wspominana". Z kolei teksty o facetach zajmują większość objętości bloga. I większość mojej objętości.

Rzeczywiście, jeśli o to chodzi, zachowuję się jak straszna baba. Albo nastolatka. Tylko te chłopaki.
Czas więc to zmienić.

Poznałam Goplanę na studiach. Nie na pierwszym roku, choć wtedy zobaczyłam ją po raz pierwszy. Ale tak naprawdę jej nie widziałam, bo miałam za-słoń-ięty świat. Dopiero po rozstaniu zaczęłam się otwierać. Chciałam wychodzić, chciałam szaleć. Goplana okazała się do tego świetnym towarzyszem.
Nie jest jednak pustą lalą, której zależy tylko na tym, by się nachlać i potańczyć. Tak dobrze się z nią bawię, bo ona mnie nie osądza. To sztuka, biorąc pod uwagę moje wybory.

Nie wiedziałam o tym na początku. Dużo o niej nie wiedziałam i jeszcze dużo nie wiem. Ale chciałabym się dowiedzieć.
Z początku jednak pragnęłam życia na pełnym "łiiiiiii!". I eksperymentów. A konkretnie eksperymentów z nią.
Podobała mi się, pobudzając moje lesbijskie ja. Sposób w jaki tańczyła sprawiał, że chciałam się do niej przyłączyć. Zacząć ją całować.
Wciąż patrzę na jej tyłek i nogi. W opiętych jeansach albo krótkiej spódnicy. A kiedy śpi w rozdartej piżamie, nie mogę przestać gapić się na jej piersi, które są drobne, ale pełne i jędrne. Na delikatne wcięcie w talii. Na burzę gęstych włosów. I niesamowite bicepsy, których zawsze jej zazdroszczę.

Zazdroszczę jej siły, którą ma. Nie tylko fizycznej, ale mentalnej. Choć czasem o tym zapomina. Ale ma odwagę, by robić to, co jej się podoba. Nie przejmować się normami społecznymi albo tym, co ludzie pomyślą. Być sobą, szaloną sobą.

Są też chwile, gdy życie ją przytłacza. Jak każdego. Ale ona chce z tym walczyć. Przekopuje się przez problemy, szukając drogi, która wyprowadzi ją z powrotem do światła. Tyle że nie musi jej szukać, bo sama jest tym światłem. I wie o tym, zdaje sobie sprawę, że tylko ona może kierować swoim życiem. I potrafi się zmienić, jeśli zauważy, że tego potrzebuje. Tylko za mało wierzy w to, że to potrafi. Widziałam jednak, jak brała sprawy w swoje ręce i szła naprzód, gdy inni stali w miejscu.

Kiedy zauważyłam to wszystko, nie mogłam już po prostu się z nią przespać. Chciałam ją bliżej poznać, rozmawiać z nią. Wyrzec się mężczyzn i zamieszkać z nią i naszą gromadą kotów i psów. Zobaczysz, jeszcze tak będzie.

Dlatego mogę jej powiedzieć wszystko. Nie przyznałam jej się do historii z kupą i teraz ma o to do mnie pretensje. Bo to oznacza brak zaufania. Następnym razem gdy się obsram, to ją o tym poinformuję.

Cieszę się, że jest przy mnie. Że stara się rozumieć pewne rzeczy, nawet jeśli ich nie akceptuje. Że przelewa na mnie trochę swojego dobra, łagodząc moje zło. I opierdala mnie, kiedy moja żarłoczna dupa chce mieć w sobie wszystko.

Dziękuję Ci, Goplano, za to wszystko.

Pierwsza świeczka.blox

kpina_ze_swiata

Strzelam focha! Gdzie kwiaty, bombonierka, kosztowna biżuteria, bielizna i seks huśtawka?
Właściwie powinnam obrażać się sama na siebie. Bo to ja zapomniałam.

Mamy rocznicę. Ja i Kpina.
Dokładnie szóstego sierpnia pojawił się na moim blogu pierwszy wpis. Pokłosie tego, że niecały tydzień wcześniej zerwałam ze swoim trzyletnim chłopakiem, Słoniem.
Nie był to dla mnie łatwy okres, choć to ja doprowadziłam do zerwania. Zwracając mu uwagę, że między nami nie jest już ani gorąco, ani też zimno, tak nijak. Zdaliśmy sobie wtedy sprawę, że właściwie się już nie kochamy. I nie ma sensu tego ciągnąć.
Nawet gdy teraz o tym piszę, mam łzy w oczach, choć wiele się od tego czasu zmieniło.

Po pierwsze założyłam bloga. To stało się pierwsze, kiedy wyłaziłam z marazmu pozostania samej. A także z trzyletniego marazmu pozostawania w tym samym, wygodnym miejscu.
Blog ten stał się dla mnie miejscem, gdzie mogłam uporządkować myśli rozbiegane tak, jak moje życie. Nie przywykłam do jakiegoś tempa, więc czułam się obco, gdy coś się ruszyło.

A ruszało się. Do przodu, do tyłu, do góry i na dół. Otworzyłam bezpłatną autostradę między moimi nogami. Z możliwością przejechania przez obwodnicę między pośladkami. Wiem, to żadne osiągnięcie. Ale mnie pchnęło (dosłownie!) do przodu. Poza tym bardzo tego chciałam, a brak tego przeszkadzał mi w związku. Potrzebowałam tej odrobiny szaleństwa, rozchylania by się otworzyć. Na życie, na świat.

Zaczęłam wychodzić. Tańczyć. W życiu bym się o to nie podejrzewała.
Dzięki temu nawiązałam przyjaźnie. Dwie. I jedną odnowiłam. Konkretnie z dawną znajomą Słonia.

Straciłam też dwie koleżanki. Jedną z własnej woli, bo kłuła mnie jej tępota. A druga... cóż.
A drugiej odbiłam chłopaka.
Nie jestem z tego dumna. Ale czy żałuję? Nie. Jak mogę żałować, skoro z nim jestem? I ciągle chcę być, mimo kłótni i złości.
Przez chwilę zastanawiałam się, jaki to ma sens, skoro tak bardzo się nie rozumiemy, pragniemy innych rzeczy. Myślałam o tym, że byłoby znacznie prościej, gdybyśmy się nie kochali. Że ta miłość wszystko psuje.
Debil ze mnie. Bo w rzeczywistości jest odwrotnie.
Chodzi o miłość. Tylko o to. Za dużo myślałam, analizowałam. Za bardzo chciałam go zmienić, zamiast przypomnieć sobie, że kocham go właśnie za to, jaki jest. I pozwalać mu rozkochiwać mnie w sobie, właśnie byciem sobą. Tak jak pozwoliłam na to, gdy jeszcze spotykał się z moją przyjaciółką.
Ona też na tym źle nie wyszła. Miśław dostał niedawno wiadomość od chłopaka, którego Pierduśka poznała kilka lat temu w sanatorium. Wtedy kiedy spotykała się już z Miśławem. Przez kolejny rok opowiadała mu o tym gościu. A teraz co? A teraz on mu dziękuje, bo w tej chwili ona jest "we właściwych ramionach". Zdanie tak piękne, że aż kobiece...
W gruncie rzeczy, w tej historii wszyscy jesteśmy chujowym materiałem na partnera. Ja odbijam chłopaka przyjaciółce, Miśław rzuca dziewczynę dla innej. Pierduśka szuka sobie zapasowego chłopaka, a tamten jest pipa, bo skoro ją kochał, powinien o nią walczyć.

Też przez chwilę spotykałam się zapasowym facetem. I wiesz co? Był pipą. Co drażniło mnie tak bardzo, że teraz przez to będę smażyć się w piekle. Bo z dnia na dzień urwałam kontakt. I usunęłam go z Facebooka, po tym jak złożył mi życzenia urodzinowe. Jako nieliczny.

Sądzę, że zraniłam tak dwóch facetów, choć mogę się mylić. Albo staram się w to wierzyć, bo ten drugi był twardy i nie musiał aż tak tego przeżyć. Nie był pipą, o nie. Podobał mi się. Tylko najgorsze w tym wszystkim jest to... że odcięłam się od niego, bo był kiepski w łóżku. I przyjaźnił się z innym moim kochankiem. I cały czas go okłamywałam i nim manipulowałam. To był dziwny okres w moim życiu.

Bo teraz już nie pragnę marionetkować ludźmi. Nadal to robię, ale to już nie z mojej winy, to moja pojebana psychika. Jak można mieć pretensje do pojebanej psychiki?
Właściwie można. Ja mam. Bo wmówiłam znajomym z pracy, że mnie lubią. I że ja je lubię. Teraz chcą ze mną wychodzić na siłownię. I na wódę. Zwierzają mi się i są dla mnie miłe. Koszmar.
Jestem aspołeczna. Introwertyczna, z rzadkimi epizodami ekstrawertyzmu, szczególnie w kroku. Lubię siedzieć w domu. Albo wychodzić gdzieś samotnie. Potrafię zorganizować sobie czas. Radośnie się pocę i stękam, bez użycia drugiej osoby. Nawet jeśli źle używam maszyn do ćwiczeń.

Mam dosyć udawania, że jestem fajna.
To był jeden z powodów, dla których postanowiłam rzucić pracę. Znaleźć inną.
I zrobiłam to.
Miśław bardzo mi pomagał. Polecił mi wysyłać CV gdzie tylko się da.
Mój życiorys wylądował w rękach jakichś trzydziestu rekruterów. Odpowiedziało mi siedem firm.
Od szesnastego sierpnia idę gdzie indziej. Gdzieś, gdzie będę siedzieć z pomalowanymi paznokciami i dużą biżuterią, bez strachu, że wpadnie komuś do soku. A wszystko to na umowę o pracę.
Moja aktualna posada mnie już zmęczyła. To, co się tam wyrabia. Wszystkie ploty, psychiczne niszczenie pracowników przez "kolegów". Przyjemna atmosfera przed oczami i kamerą, a za plecami i ścianami zaplecza obgadywanie. Każdego, na każdy temat.
I to co każą nam wyczyniać przełożeni, za niecałe dziesięć złotych za godzinę. Ciągłe pretensje o to, że nie ma ruchu. Co powinnam zrobić? Łazić topless z cyckami zasłoniętymi tacą z jogurtem? A zapłatę zbierać do stringów? I musiałabym szwendać się tak po ulicy, bo od paru miesięcy centrum handlowe jest puste.
I to też męczy.

Dlatego po raz drugi zwalniam się z tej samej pracy. Tym razem naprawdę. Bo tym razem naprawdę potrzebuję wolności, by nie czuć się jak w więzieniu.
Tak samo zresztą czułam się w innej robocie, którą podjęłam w międzyczasie. I którą po miesiącu bez żalu rzuciłam.
Pierwsze zdobycie i pozbycie się pracy stanowiło dla mnie nie lada osiągnięcie. Dowiedziałam się wtedy, że mam w sobie siłę i odwagę by zmienić to, co mi się nie podoba, by w ewentualnej przyszłości nie trwać w związku z pięścią czy wypłatą za strach.

Z ta wiedzą mogłam już pójść na siłownię, nie na fitness. Skorzystać z maszyn tortur, które nienawidzą mojego ciała, nie obawiając się, że wyglądam przy tym jak idiota w maśle. Dałam też radę wyjść z zajęć "płaski brzuch i stretching", bo moje serce uznało, że prowadzący je trener jest kutasem. To niby nic takiego, ale ja czuję się dumna z siebie. Bo poprawiła mi się moja pewność.

Tak, zmieniłam się przez ten rok. Jestem mniej zamknięta w sobie i w swoim narcyzmie. Zaakceptowałam fakt, że nie powalam inteligencją ani dobrem. Jak również to, że nie zdegenerowałam się do reszty. Pragnęłam tak myśleć w okresie, gdy moje wnętrze podpalało wszystko w okół, czerpiąc z tego nerońską przyjemność.

Nie udałoby mi się to wszystko, gdybym nie roztrząsała tu źródła tego płomienia. I wypalenia.
Może nie jestem teraz lepsza. Może moje życie aż tak się nie zmieniło. Ale czuję się dobrze. I to się liczy. Średnia: dobrze, szczęśliwie.
I to również Twoja zasługa. I każdego mojego czytelnika. Bo jesteś tu ze mną, bo mnie wspierasz, bo niejednokrotnie udzielasz mi rad, na które sama bym nie wpadła.

Dziękuję Ci za to. Wiem, że często zniechęcałam Cię swoim marudzeniem albo milczeniem. Ale jeśli to czytasz, to znaczy, że jesteś ze mną.
I tyle mi wystarczy, by z optymizmem patrzeć na kolejny rok...
IMG_20160810_120745

Moja praca to rura

kpina_ze_swiata


Wieści z frontu! Tylko cholera wie kto tu jest moim wrogiem: przełożeni, współpracownicy, klienci? A może wszystko? Podłoga, która lepiła się pomimo czterokrotnego zmywania - to chyba wina mopa, śmierdzącego jak stare skarpety. Wczoraj Królowa Trutni kazała mi przestać wyrzucać spleśniałe maliny, bo "jeszcze nikt nie zauważył, a trzeba minimalizować straty".

Ale to tylko błahostki. Liczy się to, że niechcący trafiłam na Facebooku do grupy, zrzeszającej dziewczyny z siostrzanego punktu. Grupa ta powstała po to, by nabijać się z Królowej Trutni.
Która zostanie managerem.

Dotychczasowy szef przechodzi gdzie indziej. A Królowa wreszcie otrzyma władzę, którą już dawno sobie przyznawała.
Jak dowiedziałam się od "koleżanek", nie zdobyła tej posady ciężką pracą, wytrwałością czy nawet lizusostwem. Raczej odwrotnie. Ktoś ją wylizał.

Po kolei. Sama ona opowiadała mi o swoim "drugim". O facecie, z którym się widywała, choć ma chłopaka. Nie zerwie z nim jednak, bo z nim mieszka i on płaci większość czynszu. Więc... chyba jednak go kocha. A poza tym ze Swoim Drugim tylko się całowała.
Do czasu.
Pewnego dnia zadała mi pytanie, czy coś przed seksem liczy się jako zdrada. A konkretnie czy mineta się liczy.
Pytanie mnie o takie rzeczy ma ewidentnie jedno na celu: usłyszeć "nie jesteś szmatą". Jeśli ktoś zna moją agnostyczną moralność - a znają ją wszyscy, bo się jej nie wstydzę - wie, że nie mi kogokolwiek osądzać. Chociaż dla mnie nawet całowanie to zdrada. A całowanie się podwójnymi wargami, to już jest kurewstwo.
Oczywiście, nie powiedziałam jej tego. Sztuka zdobywania sojuszników polega na umiejętności mówienia ludziom tego, co chcą usłyszeć.

Mówię więc co innego facebookowej grupie i dzięki temu dowiaduję się, kto tak lubi kwaśne lizaki.
Podejrzewałam już to wcześniej, ale nie chciałam wierzyć. Nie podobała mi się ta myśl i odsuwałam ją od siebie. Ale to prawda. Królowa podobno sama się komuś przyznała.
Że Jej Drugim jest nasz manager...

Teraz nietrudno zrozumieć, czemu jej awans wywołał we wszystkich takie zgorszenie.
Są też inne powody. Na przykład to, że nie jest najstarsza stażem. Że ma beznadziejny kontakt z resztą ekipy i nikt nie chce, by nami rządziła. A rządzić to ona umie. Rządzić się. I tylko się, bo inni jej tron mają za stolec.

Nie chcę pracować pod nią. Przyszłyśmy do pracy w tym samym momencie. Nie umiem brać jej na poważnie. I bez wkurwu.

A poza tym teraz to już na pewno zrobią ze mnie kierownika.
Nie ma. Kurwa. Szans.
Nie chcę być na świeczniku za siedemdziesiąt groszy więcej.
Już wysłałam parę CV. Stojąc za ladą, kiedy od dwóch godzin nic się nie działo.

A w dodatku (to już chyba dziesiąty dodatek, gdybym zaproponowała tyle klientowi, musiałabym wydać mu jogurt w wiadrze, bo nie zmieściłby się w kubku) ostatnio wymyślili u nas świetną opcję dla osób, którym się spieszy - szklane butelki, do których przelewamy soki na wynos! Kolejny wspaniały pomysł Pani Prezes od Durnych Inicjatyw, które Przychodzą do jej Durnej Główki z Nudów i w Ramach Emancypacji od Bycia Kurą Domową!
Tak czy siak, informacje na temat tych kretyńskich butelczyn poszły kilkoma torami. I pewnego dnia Pani Prezes przylazła do mnie z nud, eee, w celach sprawdzenia postępów pracowników i zmotywowania ich do efektywniejszego sterczenia. I zapytała, dlaczego do jednej z tych butelek nie wlałam soku.
Nikt mi o tym nie powiedział. Nikt. Co natychmiast przyznałam Pani Prezes.
Sprawa rozeszłaby się po kościach. Gdyby nie Królowa Trutni.
Powiedziała mi, że Pani Prezes się to nie spodobało, bo uznała, że kłamię jej w żywe oczy. Bo przecież wiadomość o tym była na Facebooku.
Nie było. Pojawiło się tam co innego. A co innego manager wysłał mailem. Do kierowników. Mam teraz ochotę napisać komentarz pod tym postem, bo czuję się jak gówno. Choć nie zrobiłam nic złego.

Cóż... na tym chyba polega praca, czyż nie?

Bo ja chcę za bardzo...

kpina_ze_swiata

Czy powinnam traktować swojego chłopaka inaczej niż wszystkich innych? Bo tak robię. Wydaje mi się, że jest kimś więcej. Ale jemu to chyba przeszkadza...
Nie jest przyzwyczajony. Jego była nie stawiała go na piedestale, raczej to ona dosiadała go jak tronu. Rodzina też nieszczególnie się nim interesowała.

Ale dla mnie jest szczególny. Bo go kocham. Chcę mu to mówić, chcę mu opowiadać o tym, ile dla mnie znaczy. Chcę przyznawać się, co przeszkadza mi w naszym związku, tak żeby był jeszcze lepszy. Chcę poruszać z nim poważne tematy, bo dla mnie to poważny związek.

Chociaż chyba jednak przesadzam. Skoro jemu to ciąży.
Wyczuwam to. I staram się omijać trudne rozmowy. Wciąż szukam w głowie błahych przygód dnia codziennego, które mogłabym mu opowiedzieć. Ale właśnie - muszę ich szukać. Bo pierwotnie mam we łbie tylko "nie lubię jak ględzisz o swojej byłej", "za bardzo na ciebie naciskam, byś robił pewne rzeczy", "jesteś dla mnie ważny i mam wrażenie, że nie znaczę tyle samo dla Ciebie".

Chryste, jak to czytam to aż sama się przerażam. A co dopiero prawdziwy facet, taki z jajami innymi, niż mentalne. I z prawdziwym kutasem, innym niż ten z charakteru, jak u mnie.

Bo widzisz. O bzdetach gadam z koleżankami. Tymi z pracy. Z tymi bliższymi rzadziej. Częściej rozmawiam z nimi o przyszłości, o naszych miłościach, o problemach. Nawet z mamą poruszam takie tematy. Dlaczego chłopaka miałabym traktować jak znajomą z roboty? Znajomą, której nawet nie lubię?
Może z facetami inaczej się gawędzi?

Bo ciągła powaga męczy. Męczy mnie już szukanie rozwiązań, rozmyślanie nad tym co poprawić w naszym związku.
A jednak mam wrażenie, że muszę coś poprawić. Bo albo jestem na niego wściekła, albo z jego powodu smutna. Bardzo smutna. Smutna na poziomie kakao i piżamki o dziewiętnastej. Czyli już niemal niżyny psychiczne.

Myślałam nad tym. Długo. Liczyłam na to, że jeśli zacznę szczerze mówić mu, co mi się nie podoba i rozmyślać nad tym, co ja robię źle, to uda mi się powrócić do stanu "tralala".

Tylko pogorszyłam sytuację. Bo teraz oboje mamy dosyć mojego zrzędzenia. A poprawy i tak nie widać. On twierdzi, że dałam mu za mało czasu. Chyba ma rację.

Możliwe, że mam spaczony pogląd na relacje damsko-męskie (o to, to na pewno!) przez moją poprzednią kulę u szyi. Przez to, że traktowałam go jak cały mój świat. I on mnie tak samo. Dlatego teraz też tego oczekuję.
Matko... tęsknię za toksycznością...

Teraz nie wiem już niczego. Co robić, czego nie. Jestem pewna tylko jednego...
Że go kocham. Kocham tę cholerę, ze wszystkimi jego wadami. Czemu więc staram się go zmienić, skoro wystarczyłoby, żebym przypomniała to sobie, gdy znów mnie wkurwi? I pozwoliła mu rozbroić mnie byciem sobą...

Martwię się tylko o to, że w pewnym momencie zacznę traktować go tak luźno... że nie będę się już czuła z nim związana...

Ja walę! Właśnie zdałam sobie sprawę, że traktuję go tak, jak moje psy mnie!...

Pierwszy stopień do raju

kpina_ze_swiata

Wiesz jak to jest. Ciekawość. Dobrze Ci. Bezpiecznie. Znajomo. Zbyt znajomo. Czy nieznajomo nie byłoby bardziej ekscytujące? Bliższe w swym dystansie, bardziej wilgotne i duszne, przesycone silniejszą energią?

Ciekawiło mnie to. Ciekawiło jak piekło. Jak piecze po wszystkim. I czy wypala duszę.

Kochałam Słonia. Bezapelacyjnie. Ale był moim pierwszym, w każdym znaczeniu tego słowa. Pierwszym partnerem. Pierwszym chłopakiem. Pierwszą osobą, z którą się całowałam. Której dotykałam w ten sposób, i która dotykała  mnie tam. Czyniło go to dla mnie w pełni jedynym.
Chujowe uczucie.
Tak, tak, mam romantyczność na poziomie kupy przylepionej do buta.

Zawsze myślałam, że seks nie musi nic znaczyć, że można go oddzielić od emocji. I kiedy wreszcie byłam wolna, przekonałam się, że to prawda. Po części. Jeśli czytasz mnie od dawna, pamiętasz, że miewałam zawirowania emocjonalne, po karuzeli miedzy moimi nogami. Ale nie zakochałam się cmentarnie w żadnym z moich kochanków. Zakochałam się w tym, z którym nie spałam.

A teraz jego ciekawi...
Mówi, że zastanawia się jak to jest uprawiać seks bez zobowiązań.
Ja wiem.
Jest niesamowicie. Jest to takie pierwotne. Takie proste, nieskomplikowane. Szybkie. Złapanie chwili i przytrzymanie pod sobą.
Wracanie rano w tych samych ciuchach, czując się płynnie po niedawnym orgazmie, uśmiechanie się w autobusie w sposób, który wszystkie spojrzenia przemienia w "widać po Tobie".

Ma to, oczywiście, swoje wady. Na przykład dojmujące poczucie pustki, kiedy nagle wszyscy "Twoi" okazują się zajęci kimś innym. Lub sobą. I zdajesz sobie sprawę, że jesteś niczyj. Masz tylko siebie i swoją samotność, kiedy wracasz do pustego łóżka i łzami opowiadasz swój dzień poduszce.

Ale Miśław mógłby tego uniknąć. Gdybym z nim była... i pozwoliła mu spać z innymi...

Wydawało mi się, że to nic takiego. Szczególnie, że on miał tylko jedną partnerkę przede mną. I z tego co mówi, taką sobie. To nie fair, że ja się wyszalałam, a on nie miał okazji. To nie fair wobec młodości. Bo ta ma swoje prawa. I jeśli się ją zlekceważy, upomni się o swoje w wieku średnio adekwatnym do wariactw. W tym wieku jeśli się miotasz zamiast ustatecznić, nazywają to kryzysem.

Pamiętam też, jak sama o tym marzyłam. Że nie dało się o tym zapomnieć. Że nawet miłość nie pokrywała tego niedosytu różem. Ani dobry seks z tej miłości.

A jednak... jednak nie umiem. Pozwoliłam mu. A potem zabroniłam. I czuję się przez to chujową dziewczyną. Taką... typową.

Wpędzam facetów...

kpina_ze_swiata

Mój chłopak chyba ma depresję.
Chryste, czy wszyscy mężczyźni łapią takie zniechęcenie do życia i świata? Czy tylko ci w moim wieku? Albo tylko ci, których ja spotykam? Przyciągam ich swoich dobrym serduszkiem? Serio, kurwa, ja?!

Miśław ma typowe objawy i pisząc to zdaję sobie sprawę, że depresja to nie chandra, a także że większość ludzi miewa takie symptomy, gdy na przykład długo nie ruchają.
Ale u niego jest to bardziej intensywne. Głębsze. Tyle że nietrwałe. Przychodzi falami i odchodzi. Pojawiają się momenty, gdy wspaniale się z nim rozmawia, a jego entuzjazm do wszystkiego jest zaraźliwy. Ale potem wpada w apatię. Nie ma ochoty na nic. Na pracę, na rozmowy ze mną, spotkania ze znajomymi, hobby. Przygnębia go fakt, że jest chudy i niewysoki. I nie stara się zmienić swojej wagi. Ani pracy, która rzekomo go ogranicza.

Nie znoszę czegoś takiego. Użalania się nad sobą. Wiem, że jak jest się chorym, to nie polega na użalaniu się. Ale nie kończyłam psychologii. I nie wiem czy to choroba. Ale moim zdaniem powinien udać się do specjalisty.

Tyle że on każde rozwiązanie, które mu podsuwam, uznaje za atak. A mnie to odrzuca, aż nie chcę mu już pomagać.

Dziś poprosił, bym dała mu czas na uporanie się z tym wszystkim. Zapytałam, czy pragnie tego czasu dla siebie samego, by móc odnaleźć siebie w wolnej przestrzeni. Wiem, że po rozstaniu człowiek czuje się zagubiony i przytłoczony. I nie powinien od razu rzucać się w nowy związek. On to zrobił. I nie chce, bym dała mu trochę swobody. Bo boi się, że zostanie sam w najgorszym momencie.

To pewnie nosi miano "wołania o pomoc", ale ja traktuję to jako szantaż emocjonalny. I nie podoba mi się to. Nie podoba mi się brzemię, którym zostałam obrzucona. Przymus kochania go mimo wszystko, dlatego, że on sam może się załamać. Kocham go. Dziwną, niszczącą, sprzeczną z logiką miłością. Ale wydaje mi się, że miłość zwykle taka jest. A przynajmniej ja takiej szukam, nieświadomie, powielając schemat z dzieciństwa. Tak, tak, też powinnam się leczyć.

Byłam gotowa go wspierać, dopóki nie stwierdził, że jestem mu do tego potrzebna. Bo teraz nagle czuję, że to nie jest moja wola. Że muszę go wspierać. A nie chcę się do niczego zmuszać.
Jestem okropnym człowiekiem. Zdaję sobie sprawę, że on musi się na kimś oprzeć, bo upadnie. Ale wkurwia mnie, że przy tym on na mnie pluje, nawet jeśli jest to niekontrolowany ślinotok nieprzytomnego...

Wystać karierę

kpina_ze_swiata

Nie cierpię mojej pracy.

Już ją lubiłam. Pomimo wielu ewidentnych wad, takich jak przymus uśmiechania się jak debil, tak by klienci poczuli się swojsko. Kretyńskie godziny pracy, długie dojazdy, to wszystko mi nie przeszkadzało. Jest coś cudownego w odmóżdżeniu, które daje mechaniczne wykonywanie czynności. Pozwala to zapomnieć o swoich problemach, dostrzec ich błahość i prostotę rozwiązania.
Ale pojawił się mój Człowiek. Miś-Balas. Miślas. Albo Miśław.

Miśław nie cierpi swojej pracy. Ciągle na nią narzeka, ale boi się ją zmienić.
Ostatnio gdy u niego nocowałam, nie chciało mu się do niej wstać. Może dlatego, że prawie nie spaliśmy...
Jego niechęć i marudność udzieliła mi się. I nagle też zapragnęłam wolnego. Zastanawiałam się czy nie napisać do Królowej Trutni, prosząc ją by przyszła za mnie (i została w pracy na dwanaście godzin). Brakowało mi jednak śmiałości. Leżąc na łóżku intensywnie wymyślałam powody, dla których moja robota nie zasługuje na mój szacunek. Było to na tyle intensywne myślenie, że zagościło w mojej głowie na stałe.
I teraz już nie podoba mi się, że cały dzień umyka mi pod ziemią. Że wszystkie owoce się psują, bo nie ma ruchu, ale nie wolno ich wyrzucić, bo to generuje straty. Wrzucamy je więc do soków.
A atmosfera? Niezły żart. Tam gdzie przewija się kilkanaście bab nie ma mowy o atmosferze. Są tylko plotki. Radosne oczekiwanie, aż wyjdzie świeżo farbowana zołza. Bo wtedy można obrobić jej dupę i włosy.
No i nastąpiła pewna zmiana. Jedna z czterech osób pracujących na moim punkcie zostanie przeniesiona gdzie indziej. Była kierownikiem. To oznacza, że zabraknie nam kierownika.
I tu może nastąpić jedna z dwóch rzeczy. Albo powołają mnie - mam największe doświadczenie - albo zostaną przy jednym kierowniku - moje doświadczenie nie idzie w parze z umiejętnościami. A już na pewno nie z ogarnięciem.
Żadna z tych opcji mi się nie podoba. 

Marzyłam o rozwijaniu się i zdobywaniu nowych szczebli kariery. Na początku, kiedy wierzyłam w bajki przełożonych. Wtedy też jeszcze się starałam. Uzyskiwałam najlepsze wyniki z tesów sprawdzających moją wiedzę o firmie, które to rzekomo poprawiają jakość naszego kompostownika.
Kierownikiem została Królowa Trutni. Pomimo faktu, że oblała pierwszy egzamin. Wyłącznie dlatego, że podoba się managerowi. Tak przynajmniej myślałam na początku. Teraz już widzę, że jej poważne podejście jest klamrą do wszystkich tych papierów, które ja bym pogubiła.

Nie chce mi się codziennie przytomnieć za siedemdziesiąt groszy więcej.

Ale na razie nikt mi nic nie zaproponował. Widzą, że się nie nadaję. A jednak to smutne, po pół roku wysiłku.
Tyle że na ostatnim zebraniu padł pomysł, by Królową Trutni też gdzieś przerzucić.
Co to oznacza dla mnie? Przymus nominacji. Ale ja takiej nominacji nie chce. Nie zasłużyłam na nią i nie podoba mi się, że ją dostanę, bo ktoś musi.

Dodam tu jeszcze fakt, że manager zignorował moją prośbę o wolne niedziele. Obciął mi jednak godziny w tygodniu, bo Królowa Trutni nigdy nie odpoczywa od rządzenia, przez co zarobię mniej niż wtedy gdy studiowałam.
I już robi się trochę analnie.
Zanim więc ktoś mnie wyrucha, mogę wziąć sprawy w swoje ręce. By załatwić sobie poślizg.

Zostawiłam CV w księgarni.
Zobaczyłam ogłoszenie i od tamtej pory wciąż mam je przed oczami. Może dlatego, że zrobiłam mu zdjęcie i się na nie gapię. Bo wyczytuję w nim siebie. Tylko czy rekruter tez mnie tam odnajdzie?
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie.

Chyba trzeba zaakceptować awans...

Jestem w związku, więc myślę

kpina_ze_swiata

Bycie babą jest beznadziejne.

Połowa moich emocji nie należy do mnie, tylko do wkurwionych komórek jajowych, orientujących się poniewczasie, że omletu z nich nie będzie. Co miesiąc przez tydzień użeram się z różnymi wariacjami waty, które wywołują we mnie strach przed basenami. I ciągle używam zdania "nie musisz odpisywać", kiedy właśnie tego chciałabym najbardziej.

Nie wiem co to ma na celu, ale tak właśnie kończę swoje wiadomości pełne wyrzutu, po których czekam na jakąś reakcję emocjonalną. A facet to facet, jak widzi, że nie musi się odzywać, to tego nie robi. Proste. Czemu więc tak trudno to pojąć mojemu mózgowi, wypranemu w komediach romantycznych? I czemu nie potrafię się przyznać, że pragnę odzewu z jego strony?
Może to jednak nie kwestia zaginionego chromosomu X, który moim zdaniem poszedł po rozum do głowy. Może istnieją kobiety, potrafiące mówić o swoich uczuciach wprost, bez ogródek. Tylko ja do nich nie należę.

Czy chodzi o moją awersję do przyznania się do słabości? Możliwe. Logiczne i wiąże się to z jeszcze jedną sprawą.
Lubię udawać lepszą niż jestem.
Chyba już o tym wspominałam. Czyli że to wiem. Zdaję sobie sprawę z tego, że to odchył. I co? Dalej się chylę. Chylu-chylu.

Popatrz, popatrz, mój chłopaku, jaka jestem wyrozumiała i niezrzędząca, jak Ci pozwalam mieć mnie w dupie i uporać się ze swoimi emocjami. Albo byś je na chwilę wyłączył i sobie pograł. Chuju szeptany.

To się tyczy wielu rzeczy. Mówię "Nie ma za co", gdy twierdzę, że jest. Niby zwykła grzeczność. Ale miłość nie jest grzeczna.
"Nie musisz wstawać, sama pójdę". A potem urządzę Ci piekło, bo jestem zmęczona po pracy w sobotę, a Ty cały dzień sobie bimbałeś i nie chciało Ci się ruszyć dupy do sklepu.

I po co to? W końcu on i tak się dowie, jaka ze mnie koszmarna istota ludzka. Jakieś czternaście sekund po tym, gdy udam lepszą, a on to bezczelnie wykorzysta, zamiast wyczytać w moich myślach, że od niego również oczekuję tych pozorów lepszości.

Nie. Starczy tego. Pisz, jest za co, kup mi kabanosy, fiucie. Bo taka jestem i taką mnie sobie wziąłeś. Zaakceptuj to, jeśli chcesz dalej brać.
Poza tym, że to znów nie Twoja wina. Bo mogłam Ci od razu powiedzieć o co chodzi.

Tak samo mogłam się zapytać, czemu nie proponuje mi wspólnego mieszkania. Choć raz już poruszaliśmy ten temat. A następnie zaczęliśmy się kłócić, bo zabrnęliśmy za daleko w naszym niedorozwiniętym związku. Naciskaliśmy na niego, by nauczył się liczyć, kiedy on wciąż był na etapie brania wszystkiego do buzi. I co? I się związek rozryczał.
To, byśmy razem zamieszkali, nie ma kompletnie sensu. A właściwie nie miałoby, gdyby nie fakt, że siostra Człowieka w sierpniu się od niego wyprowadza. Zostawiając go samego z czynszem.

Czekałam na moment, gdy spyta mnie czy bym z nim nie zamieszkała. Nie chciałam się do tego przyznać, nawet przed sobą. Ale jakaś część mnie szykowała się na chwilę, by mu odmówić, podając racjonalne argumenty.
Za wcześnie na to. U rodziców mi wygodnie. Przeprowadzka zajęłaby mnóstwo czasu, pieniędzy i zaradności w upychaniu dwudziestu jeden lat zbieractwa w ciasnych szafach. Dzielonych na pół.
Dziś w końcu, niby żartem, zapytałam czemu nie wynajmie mi pokoju. Zamiast szukać współlokatora, co stanowi odpychającą konieczność.
I kiedy przedstawił mi moje własne argumenty, przestałam je kupować. I nagle odczułam cholerną chęć, by przytachać do niego moje kubki i parzyć w nich kakao dla nas dwojga. Tylko dlatego, że stwierdził, że nic z tego. Świetny powód do przewracania życia do góry nogami...

Możliwe, że nie chodzi tylko o to. Bo pod tą racjonalną, acz wredną częścią, gdzieś w głębi mnie kryje się ta potwora, której wstydzę się jeszcze bardziej.
Ta, która pragnie tego, by ktoś wreszcie chciał przejść ze mną na wyższy poziom...
Nie tylko dobrze się ze mną bawić, uprawiać seks i dawać się rozpieszczać ciastkami i lodzikami. Nie, bawić się ze mną w dorosłość, wracać do mnie, do moich ramion i cycków. By zapach ciasta unosił się w powietrzu, a ewentualny lodzik był zawsze na wyciągnięcie erekcji.

I bym wreszcie była niezbędnym elementem w tworzeniu czegoś, co ludzie nazywają "domem"...

© Jestem nudna i dobrze mi z tym!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci