Menu

Jestem nudna i dobrze mi z tym!

I piszę nie przejmując się słowami...

Przytul Należy-Misia!

kpina_ze_swiata

Dziś pewien czytelnik wyznał mi, że zawsze się cieszy, gdy mnie widzi. Odparłam, że bardzo mi miło. A potem on dodał "takie piękne ciało", a mi przestało być miło, zrobiło się wręcz tak niemiło, jak gdy się wpadnie w wylęgarnię much w kupie.
Nie żeby ten skłamał w kwestii mojego ciała - jak człowiekowi wyrosną wielkie cyce, to do końca życia musi nosić to brzemię. Poza tym za coś jednak płacę siłowni i nie ma to nic wspólnego z jakimś ukrytym fetyszem spoconych chłopów, którzy głośno jęczą podnosząc ciężary moich rozmiarów. Nie. Tylko czasem, ale głównie chodzi o to, żeby się wyrzeźbić, by to mnie ktoś tak chciał dźwigać i stękać przy tym tylko z rozkoszy, bo przecież nie z wysiłku.

Znalezione obrazy dla zapytania faceci na silowni smieszne
Czemu więc obrzydziły mnie słowa czytelnika? Bo on ma 75 lat.
75! To już nie pierwszy raz, gdy moją urodę komplementują stare dziady i tak sobie myślę, że jakby kiedyś chcieli nakręcić film o życiu w czasach powojennych, to ja się świetnie do takiego nadaję, choć zdolności nie mam, ale zagrałabym dupą. Podejrzewam, że dlatego podobam się staruchom, bo kojarzę im się z kształtami ich młodości. Bo jakoś żaden chłopak w moim wieku się nie zachwyca, może poza tymi paroma zboczeńcami, moimi byłymi, ale myślę że na nich mogło zadziałać bardziej to, że się przyczepiłam i bardzo wymownie opowiadałam im jaką laskę mogę im zrobić, a potem to robiłam.

Zastanawia mnie jednak skąd się w ludziach bierze taka zuchwałość. Czemu siedemdziesięciolatek wyobraża sobie, że wolno mu mówić takie rzeczy dwudziestce. Uważa, że co tym wywoła, mój zachwyt? Ooo, jaki pan prostolinijny, trzymaj moje gacie! Noszone, specjalnie dla pana, mryg, mryg.
A może po prostu oni nad tym nie myślą? Nie analizują każdego zdania, które wypowiedzieli i które zamierzają wypowiedzieć?
Trochę tego zazdroszczę. Takiej pewności siebie, ale nie w sensie "wejdę na stół i zatańczę kankana, choć szpagat potrafię zrobić tylko do pół łydki", bo taką to ja też mam. To jest chyba... brawura? A ja zazdroszczę poczucia własnej wartości, utwierdzenia w przekonaniu, że coś Ci wolno, bo dlaczego nie?

Mój kolega z pracy, który miał aspiracje artystyczne, ale został jednak bibliotekarzem i to chyba o czymś świadczy, zrobił kiedyś plakat. Nikomu niepotrzebny, na jakąś lichą biblioteczną imprezę. Był utrzymany w stylistyce czerni i bieli, więc moja kierowniczka, takie katolickie oblicze Beaty Kozidrak uznała, że jest za smutny i kazała mi ukryć ten plakat na Facebooku pod jakimiś zdjęciami z dziećmi. Żeby był, ale nie rzucał się w oczy.
Mój Kolega Artysta odparł na to "Jak to?! Przecież on był świetny!".
W życiu nie określiłam jakiegokolwiek swojego dzieła mianem "świetnego". Nawet jeśli inni tak mówili i wiedziałam, że jest dobre. Nawet jeśli w głębi siebie tak właśnie myślałam. Nie wyrzekłam tego na głos. Brakuje mi do tego bezczelności.
I może to właśnie mnie stopuje. W pisaniu, w spełnianiu swoich marzeń. Żeby coś osiągnąć, potrzeba trochę arogancji. Ja jej nie mam. To znaczy, na głos nie mam. Mi się zawsze zdaje, że coś mogłoby być lepsze. Moje ciuchy, moje uda, moja kuchnia, moje słowa... I że w takim stanie, jak to jest, to nikomu tego nie pokażę. Nie ma opcji. Zarzucę więc worek na swoje krągłości pisarskie i nigdy nikomu się nie zaprezentuję w swoich najlepszych literkach. Bo chyba mi nie pasują...

Ale spoko, wydaje mi się, że z czasem rodzi się w człowieku taka nonszalancja, co tłumaczy niektóre impertynenckie zachowania starszych. Nawet ta zbitka "impertynencki starzec" nie brzmi zbyt właściwie. Bo wiesz, oni sporo przeżyli, nawet jak nie wielkiego, to przynajmniej długo. I w międzyczasie wyhodowali sobie całkiem dorodnego Należy-Misia.
Szukaj więc mojej książki na półkach księgarń za jakieś 50 lat!

Jak robić, by się narobić?

kpina_ze_swiata

Nad ranem śnił mi się Hugh Grant, jeszcze w miarę młody, to już jest dobry początek dnia.

Znalezione obrazy dla zapytania hugh grant funny

Czasem śnią mi się filmy, widzę prawdziwych aktorów, jak grają w mojej głowie scenariusze dobrych powieści i chcę je napisać, żeby oni je mogli zagrać. Tak jakby moja podświadomość zaganiała mnie do roboty, mówi do mnie dawaj mała, chcesz pisać, masz o czym.

A ja jej nie daję, więc potem mamy ciche dni, kiedy śni mi się jakiś niezrozumiały, niemożliwy do zapamiętania bełkot.
Bo jadę do pracy i nie piszę, pisanie na telefonie męczy mnie że strach, poza tym idąc do metra muszę być choć trochę przytomna, a o to trudno rano, a jak się wyparowuje do swojego świata, to tym bardziej. Ale całą drogę układają mi się w głowie dialogi i są to dialogi, a nie głosy, przywilej pisarza, każdą nerwicę czy psychozę możesz nazwać weną i ją wykorzystać.

A potem w pracy mi się nie chce. Nawet jak coś piszę i to się dosłownie samo tworzy i może nawet nadaje się na coś więcej niż papier toaletowy, może na coś więcej niż literatura toaletowa, to pisząc w robocie czuję jakiś taki smutek i obrzydzenie do samej siebie, jakby to było... rzemiosło a nie sztuka? Nie wiem, ale to okropne, bo pisanie jest moją ulubioną czynnością. A teraz mam wrażenie, że ją brukam.

W domu nie piszę, bo jakoś szkoda mi czasu. Jestem zbyt szczęśliwa. To brzmi dziwnie, ale jakoś tak jest. Bo mieszkam z facetem, którego kocham i który kocha mnie. A kiedyś sądziłam, że w starciu miłość-kariera, zawsze wygra u mnie to drugie...
Poza tym czasem jestem zbyt zmęczona po pracy, nawet jeśli nic się tu nie dzieje. To miejsce jakoś wysysa ze mnie energię i radość. Jadę wyspana, przekraczam próg czytelni i muszę wypić kawę. A potem mi oko skacze, zaczęło po kilku miesiącach pracy tutaj. Już jakiś czas biorę magnez z potasem, a ta żyłka znów zaczęła dygać.

Weekendy mijają super. Wychodzimy, spotykamy się ze znajomymi. Wieczory też, jemy, gotujemy, ja sobie ćwiczę. Jak ćwiczę, to nie wpadam w depresję. No chyba, że siadam za ladą.
Może chodzi o to, że nie mam żadnych zadań w tej pracy. To dla mnie dziwne. Lubię coś robić. Jak wprowadzam książki do bazy - choć tego nie znoszę - to doświadczam jakiegoś takiego poczucia sensu, dobrze wykonanego zadania i dumy. Choć to tylko podręcznik o hodowli bydła, do którego pewnie nikt nie zajrzy.

A i ostatnio przedłużyli mi umowę, nie dając przy tym obiecanego awansu. Świruję, że może to dlatego, że mam wyjebane. I zaczynam mieć wyjebane jeszcze bardziej, bo po co się starać, skoro nikt tego nie docenia. Gdy kadrowa przyniosła mi tę umowę do podpisu, na tym samym stanowisku, tylko na czas nieokreślony, zaczęłam szukać innej pracy. Nie po to, żeby zmienić ale jakby tak... po złości?

Chcę już stąd wyjść i wrócić do domu, do miłości i do Netflixa...

W trzech stanach świadomości...

kpina_ze_swiata

Dzisiejszy dzień zaczął się super. Przygotowałam sobie kanapki, umyłam się, ubrałam, nawet zjadłam śniadanie i zrobiłam kupę, a zwykle czas na to znajduję dopiero po drodze - to znaczy na śniadanie, bo kupę to w pracy. (Płacą mi za sranie, juhu!)
Potem pojechałam na siłkę, gdzie umówiłam się z Anielicą, poćwiczyłam, umyłam się jeszcze raz i włożyłam stanik "patrz na mnie, mam biust", zamiast tego "cyc-płask, by nie podbić oka na bieżni" (pomijam fakt, że ja i bieganie raczej nie mamy ze sobą po drodze, szczególnie że bieg zawsze stara się mnie zabić, nawet jak truchtam do tramwaju). Nie spóźniłam się do pracy, a w autobusie czytałam i jadłam owoce oraz chleb razowy, nie brudząc przy tym siebie, ani nikogo z pasażerów. Wzorowy obywatel. Można mnie przykleić na plakat promujący zdrowe nawyki.
Znalezione obrazy dla zapytania zdrowe odżywianie śmieszne

Tyle że musiałam popić apapa rozpuszczalną witaminą C, żeby zacząć funkcjonować. I poprawić to kawą w kartoniku, żeby chcieć funkcjonować.
Spałam naprawdę źle, choć osiem godzin i na poduszce dla krzywych ludzi. Nie boli mnie kark, ale głowa, plecy i gardło. Potem przechodzi.
Zmusiłam się do tej siłki, bo chciałabym tylko leżeć. Leżeć i oglądać Netflixa. Jestem zmęczona jakimiś dupnymi obowiązkami, moje ciało krzyczy "dość", ale wiesz, ciężko przerwać dorosłość. Poza tym tak właśnie zaczęło się moje załamanie nerwowe, nie miałam na nic ochoty, oklapłam towarzysko, gdzieś w moim marazmie zgubiłam zainteresowania. Nie chcę tego znowu. Ale powoli coraz bardziej się w to zapadam.

Może ma to jakiś związek z tym, że znów nie zdałam egzaminu na prawo jazdy. Znów na górce. Mój instruktor, gdy do niego zadzwoniłam (dopiero na drugi dzień, bo się wstydziłam, że ZNÓW NIE ZDAŁAM NA GÓRCE) wybuchnął głośnym "CO?!", a potem zaczął się śmiać i ja też. Bo to już zakrawa o jakieś fatum.
I teraz mi smutno. Okryłam, niczym Don Kichot Chemii, że występuję w dwóch stanach świadomości: albo jestem depresyjna, albo wkurwiona.
Wkurwiona jestem znacznie lepsza. Moja wściekłość sprawia, że chcę się pozbyć czynnika wkurwiającego, więc działam, szukam rozwiązań, dostaję kopa. Piszę świetne felietony, w których mogę obrażać ludzi, bo na tym polega moja sztuka.
Melancholijna ustaję. Całkowicie ustaję, mój rozum ustaje, motywacja, marzenia, pomysły, talenty, trawienie. Chyba nie bardzo umiem sobie z tym smutkiem radzić, więc mój mózg go wypiera.

I nie bardzo wiem jak o tym mówić. Nie lubię, nie chcę, mam wrażenie, że nikt nie rozumie. Właściwie ciężko to osiągnąć, bo najpierw ja to muszę wewnętrznie zrozumieć. Dopiero wtedy można mi coś radzić, bo na razie ja pokiwam głową i nawet jeśli przyznam komuś rację i nawet jeśli te rady wprowadzę w życie, to stan mojej świadomości pozostanie taki sam. Nie odkryłam jeszcze jak sublimować swój umysł z powrotem do wkurwu. W tej chwili nawet to, co zwykle mnie krwią zalewa, spływa po mnie jak po mordercy. Znoszę to z obojętnością.

Na blogu też ciężko mi to pisać. Bo ja pisać potrafię, nie zamierzam udawać skromnej. Ale problem polega na tym, że to nie jest historia, którą kreuję, to jest moje życie, moje przemyślenia i zmartwienia. Klikanie w klawiaturę przynosi mi ulgę i ogarnia zamęt w głowie. Jednak, skoro pisać umiem, to wszyscy oczekują ode mnie literackich wyżyn w opowiadaniu o czymś, co mnie boli. Doceniam, że tu jesteście, że pomagacie, że po prostu widzę jakiś odzew, ale nie mówcie mi, jak mam przeżywać swoje rozterki. Bo ja je tutaj właśnie przeżywam.

Jedni krzyczą, a ja piszę.

Mój chłopak twierdzi, że pojawiam się jeszcze w trzecim stanie - jak woda albo Bóg - popieprzonej kulki radości. Boję się jednak, że tą radością po prostu maskuję złość lub rozpacz, tak, by nikt nie widział mnie słabej. I tak, by wszyscy mnie lubili. Śmiali się ze mną, a nie ze mnie.

Popieprzona to ja faktycznie jestem...

Noga na sprzęgle, ręka w nocniku

kpina_ze_swiata

To jest Gospel, największy pojeb jakiego nie znasz. Ta piosenka powstała cztery lata temu, śpiewał wtedy "Jakoś tak od 4 lat, nie potrafię zrobić prawka". Osiem lat, ponad czterdzieści niezdanych egzaminów.
Wczoraj zdał.
Gospel ma prawko, a ja od trzech lat nie potrafię zrobić swojego. To jednocześnie deprymujące i pocieszające, bo z jednej strony - kurwa, przegrywam z Gospelem - a z drugiej do czterdziestu mi jeszcze dużo brakuje.

Nie zdałam raz. Na górce. Przez te trzy lata i dwóch instruktorów, w tym z jednym spotykałam się dwukrotnie, przez trzy tysiące złotych, które na to wywaliłam i przez wszystkie "O Jezu, krawężnik!" może trzy razy nie pokonałam wzniesienia. Dosłownie. To był mój konik. Instruktor mówił "dobra, zróbmy górkę", a ja wiedziałam, że teraz to będzie używanie, teraz to zobaczy, że umiem jeździć. Co z tego, że czasem nie dostrzegam pieszych czy znaków, skoro górka idzie mi jak z górki.

Oblałam po piętnastu minutach. W sumie mogłam wcześniej, mało brakowało, bo dostałam łatwe pytania, a przecież w moim świecie to najgorsze, co się mogło zdarzyć. Z moją tendencją do przekombinowań. (Co widać nawet w tym tekście) (I w każdym)

Przygotowałam się na wszelkie możliwe sposoby. Wyspałam się, opiłam wody, bo gdzieś wyczytałam, że odwodnienie działa jak kieliszek, szkoda że w równym stopniu nie koi nerwów. A propos nerwów, ja i mój żołądek z waty w WORDzie poszliśmy kupę, żeby nic mnie za kółkiem nie rozpraszało. Ładnie się ubrałam i umalowałam, bo jak wiadomo wszystkie luki w wiedzy wypełnia fakt, że egzaminator myśli o wypełnianiu Twoich, mryg, mryg.

Łzy stanęły mi w oczach, kiedy okazało się, że pod Ośrodkiem Ruchu Drogowego popsuły się światła. To jest duże skrzyżowanie. Z tramwajami. Z TRAMWAJAMI!
I w dodatku jakieś dziadostwo latało w powietrzu, mgła, smog, pierdy Supermana, nie wiem. Ale przez to coś, połowę drogi zastanawiałam się, jakie świtała włączyć. Zdecydowałam się już na mijania, a potem nie wyjechałam na drogę.

Szczerze mówiąc, jestem już tym bardzo zmęczona. Nie tylko komentarzami rodziny, mojego cudownego brata, który sam zdał za ósmym razem. To już nawet mnie tak nie drażni, bo wreszcie, tak naprawdę ja chcę to prawko mieć, a nie jestem zewsząd popychana. Moje umiejętności znacznie się poprawiły, odkąd sama tego zapragnęłam. Albo może w końcu do tego dorosłam, do eee, uwagi.

Mam już dosyć tego, że nie mogę się wyspać, bo od rana jeżdżę na drugim końcu miasta. Że przeznaczam na to każdą chwilę, nie wspominając o kasie. Rozpadają mi się jedyne buty, w których noga nie ześlizguje mi się ze sprzęgła, ale nie stać mnie na nowe, bo wciąż dokupuję lekcje. A teraz także zaliczenia.
Chcę to zrobić, żeby nie musieć już tego robić.

I trochę przez to tracę - bo stało się to przymusem, smutnym obowiązkiem. A prowadzenie auta naprawdę sprawiało mi przyjemność. W tym momencie jednak przykładam do tego zbyt wielką wagę, presja mnie przytłacza. Obejrzałam mnóstwo filmików na YouTube o tym co auto ma na myśli, kiedy mówi "wruum" i teraz dzieje się to, co w przypadku nauki języka - kiedy gadasz, jakoś się dogadasz, ale gdy zaczynasz zastanawiać się jakiego czasu użyć, to nagle nie potrafisz sformułować zdania. I ja też doznaję przesytu informacji.

Szkopuł w tym, że nie ufam swoim umiejętnościom. Może nie są takie złe. A może tragiczne, zważywszy na to, jak długo je szlifuję. Nie wiem tego. Czy za dużo od siebie wymagam, w końcu chyba wszyscy mają problemy na początku? Ale czy aż takie? Tyle pytań...

Jutro poznam odpowiedź, zdaję ponownie. A potem nie wiem co - bo jeśli znów obleję, powinnam ponownie dokupić doszkalanie i coraz bardziej tracić motywację? Czy na chwilę odpuścić, co może sprawić, że wszystko zapomnę?

Albo po prostu posłucham Gospela i krzyknę "ja to w dupie mam!". Do czterdziestu razy sztuka...

Życie. To tyle.

kpina_ze_swiata

Siedzę w Bibliotece, za ladą, z dekoltem nieadekwatnie głębokim jak na wykonywany zawód. Lada jest nisko, więc Czytelnicy mają dobre widoki. Zdecydowanie poszerzam ludziom horyzonty moim biustem. To chyba główny powód, dla którego dostałam tę pracę. To i fakt, że prawie zrujnowałam się psychicznie zdobywając wyższe wykształcenie kierunkowe i pisząc pracę licencjacką. Ale głównie chodzi o cycki. Wiem, bo kiedyś podsłuchałam telefoniczną rozmowę dyrektorki. Powiedziała wtedy komuś "ładna, młoda dziewczyna". A mnie na rozmowie zapytała czy mam więcej takich atrakcyjnych koleżanek, które przyciągną ludzi. Chyba już o tym pisałam, ale wiesz, minął rok, mogłam zapomnieć. Choć szczerze mówiąc moja musza pamięć potrafi pozbyć się faktu, że wspominałam już o czymś na początku tego samego wpisu, więc ten. Mam duże cycki.

Moja kierowniczka nieszczególnie jest z tego faktu zadowolona, choć sama też dysponuje obfitym bufetem (bufetem, bufetem, talerz by tam ustał). Tyle że jej dekolty kończą się równo ze stygmatami Chrystusa. Ale mnie lubi, bo kiwam głową, gdy się nakręca i bredzi bzdury. Dużo mam z tego zabawy, a mój wewnętrzny chochlik czasem wbrew mojej woli jeszcze ją bardziej podpuszcza. A potem przez pół dnia zastanawiam się, dlaczego do cholery to robię. To jakaś dziwna część mnie, która lubi chaos. Chcę wierzyć, że każdy z nas ma ją w sobie, skoro wszyscy z Chaosu powstaliśmy, to w sumie takie pierwotne. Ale, niestety, trzeba się rozwijać.

Dlatego siedzę tu, w tej nierozwojowej pracy, do której mam stosunek tak ambiwalentny, że aż chce mi się śmiać łzami.
To dobra praca. Dobrze płatna, o dziwo. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę wkładany wysiłek, a wkładam go tyle, co grubas z małym siurkiem. No chyba, że Kierowniczka wpada i krzyczy "Pani Kpino! Pani krzywo stawia pieczątki!" (to jest autentyczne zdanie, które kiedyś usłyszałam, rok później nadal krzywo stawiam pieczątki i to akurat nie ma nic wspólnego z moim zamiłowaniem do zamętu, no chyba, że nieświadomym, ej, może dlatego jestem taka nieogarnięta? Zawsze byłam zdania, że brzydota jest ciekawsza niż nudne piękno, może dlatego w moim życiu panuje ciągły syf, dosłowny, przenośny i umysłowy? I może dlatego tak mi dziwnie, kiedy wszystko się układa? Bo jak to tak? To sprzeczne z moją naturą!
)
Bo o to właśnie chodzi. Choć Kierowniczka doprowadza mnie do szału, to darzę ją sympatią, bo dzięki niej nie jest nudno. Inaczej bym chyba zwariowała. Albo robiła bardzo dużo, bardzo głupich memów w pracy, na przykład takich:

pixele

Żeby nie było wątpliwości, seriale też oglądam w robocie. Dostanie mi się, jeśli ktoś z moich przełożonych dotrze do tego bloga, a jak ktoś zna moją pamiętnikową przeszłość to wie, że to nie jest takie znów niemożliwe.
Ale wtedy przynajmniej musiałabym coś zmienić. Bo teraz jest tak: spoko praca, nie zajebuję się, ale mogę się uzewnętrzniać artystycznie poprzez wrzucanie na Facebooka obrazków z cytatami. Dzięki temu nauczyłam się używać Gimpa, to znaczy nie zmienię Ci w nim koloru włosów, ale mogę dokleić wąsy bez praw autorskich na przezroczystym tle. Jak w Paincie, ale "obsługa Painta" nie brzmi tak dobrze w CV.
A w sumie po co mi CV, skoro nawet jeśli zmienię pracę, to na taką samą - dającą bliźniacze możliwości, oferującą te same wyzwania i identyczne przyjemności. Mogłabym niby iść w trochę innym kierunku, ale tak się składa, że... ja nie chcę. Po to właśnie szłam na bibliotekoznawstwo. Po to się męczyłam z tymi teoretycznie praktycznymi przedmiotami. Żeby móc pracować w bibliotece. Bo ja lubię tę pracę. Głównie.

To o co mi chodzi? A cholera wie. To znaczy ja.
Wciąż brzęczy mi w głowie pytanie "I to tyle? To wszystko?". To mnie smuci, bo przez cały okres dojrzewania, który u mnie sięgał aż do dorosłości, słyszałam, że muszę dobrze wybrać, że uczę się po to, żeby mieć dobrą pracę. No i mam. Całe moje dotychczasowe życie polegało na tym, by być godną tego, co właśnie osiągnęłam.
I to tyle. To samo, dzień w dzień, aż do śmierci. I nawet jeśli zmieniają się ludzie wokół mnie, pojawiają się nowe książki do opracowania, to wszystko działa według tego samego schematu. Będę zarabiać więcej, będzie mnie stać na lepsze rzeczy, na podróże, będę mieć więcej czasu na więcej książek i więcej kotów z filcu i... już? Chyba musi być coś poza tym!
Zaczynam rozumieć ludzi, którzy wierzą w życie po śmierci. Bo przytłacza mnie myśl, że to już to. Nic więcej. Nawet mimo tego, że lubię swoje życie i nie mam ochoty wystawiać go na próbę jakimiś sportami ekstremalnymi, żeby coś poczuć. Po prostu... to nie będzie miało większego znaczenia. Prześlizgnę się przez karty historii niezauważona. Jakby mnie w ogóle nie było. To po to się tak męczyłam i starałam, żeby na koniec mnie nie było?
Powoli rozumiem nawet tych, którzy decydują się na dzieci... choć nie, ich nigdy nie zrozumiem. Ale też chciałabym coś po sobie zostawić. To mogłaby być książka. Mogłaby. Ale co jeśli po napisaniu jej znów będę myśleć "I to wszystko?". Urzeczywistnienie może okazać się gorsze, od marzenia. Może więc lepiej po prostu marzyć? Marzenie nigdy nie jest "i tyle"...

A może warto nawiązać współpracę z moim starym Naczelnym z gazetki akademickiej? Bo wczoraj, leżąc sobie w mojej depresyjnej fazie znalazłam w spamie maila, w którym ten właśnie facet zaprasza mnie do Linkedin. Pytanie, czy ktoś ma Linkedin i wie, czy to jest szczera chęć współpracy, czy raczej "jak zaprosisz więcej osób, to dostaniesz lizaka z emotikonów"? Spytałabym go na Facebooku, ale usunęłam go ze znajomych. Kłamię, nie spytałabym.

Na razie chyba pójdę na siłownię. Zbyt długo siedzę na dupie i mi się smętne myśli włączają. To znaczy po 16 pójdę. Państwówka, osiem godzin. Ani minuty dłużej. Dzień w dzień, co dzień. I nic więcej.

 

Ponadto mam zagadkę dla Czytelników - łudzę się, że jacyś się tu ostali - w którym miejscu przerwałam pisanie i zajęłam się przestawianiem audiobooków, bo Kierowniczka weszła? Na tych, którzy udzielą prawidłowej odpowiedzi czeka nagroda - lizak z emotikonów!

Statysta życia

kpina_ze_swiata

Pozwoliłam sobie wczoraj na pijacki wpis. Tak, pozwoliłam. Bo nawet kiedy puszczają mi hamulce, to cały czas jadę na emocjonalnym ręcznym (i dosłownym też, bo nie mam faceta). Cały czas jestem pozapinana, zamknięta, niepewna. Ale staram się to zmieniać. Nauczyłam się tego głównie od Goplany, która potrafi wejść na zmywak, podnieść koszulkę i pokazywać wszystkim brzuch mówiąc "Ale mi Kryśkę wydęło". Swobodnie opowiada o tym, że kiedyś była pustakiem, albo że zdarzyło jej się naćpać i zostawić majtki na placu zabaw. Raz, ale pamiętny, choć zamazany. Mówi o tym bez wstydu, bo, jak twierdzi, kiedy sama o wszystkim rozgada, nie będą na jej temat chodziły żadne plotki.

Podoba mi się takie luźne podejście do życia. Jest prostsze. I sprawia, że ludzie naprawdę chcą Cię słuchać. Bo widzą twoją szczerość, bardzo łatwo, instynktownie wyłapuje się fałsz. Nikt nie chce się zadawać z kimś fałszywym. Nawet jeśli ktoś okłamuje sam siebie.
Dla mnie to wciąż nowe podejście, przyznawać się do swoich emocji. A na blogu jest to dla mnie szczególnie trudne, bo wiem, że może to trafić do niepowołanych dusz. I to nie tak, że nie umiem być z tymi duszami szczera. Po prostu martwię się, że prawda może je zaboleć.

Takie bezstresowe sunięcie przez świat objawia się też w innych rzeczach. Ostatnio przyszłam do pracy bez stanika. A kiedy szłam po prasę - muszę ją przynieść z Empiku - wzięłam ze sobą kubek z herbatą. To takie trochę woodstockowe życie. Podoba mi się.

Teraz już sama chcę utrzymywać i zacieśniać więzy z ludźmi. Otwierać siebie na nich i wpuszczać ich do siebie (choć już nie dosłownie). I czerpać z tego radość.
Choć robię to trochę źle.
Wspominałam już pewnie o tym, że na pierwszym roku studiów przeszłam załamanie nerwowe. Być może wtedy tak tego nie określiłam, bo nie potrafiłam, a także wstydziłam się nazwać to wprost. Ale wszystko na to wskazuje. Wyszłam z tego bez pomocy lekarzy, więc to raczej nie depresja. Jednak coś niedobrego działo się w mojej głowie i w moich uczuciach. Stwarzało to taki dyskomfort, że stopniowo pozbywałam się wszystkich tych uczuć. Aż nie czułam już nic.
Ocknęłam się z tego pewnego dnia - nie potrafię dokładnie określić kiedy, sądzę, że stanowiło to raczej proces wielkiej walki z samą sobą. Niewiele jednak z tego pamiętam, mój mózg to wyparł. A może po prostu nie mam czego pamiętać, bo tak jakby przestałam wtedy istnieć? Tak czy siak udało mi się z tego wykaraskać. Najpierw pomogły mi ćwiczenia. To czysta biologia, podczas wysiłku wytwarzają się endorfiny, endorfiny dają poczucie szczęścia. Ćwiczyłam więc ile wlezie. Zainteresowałam się swoją dietą, bo niezdrowe pożywienie również wpływa na nastrój.
Zaczęło się to zmieniać w obsesję. Bez przerwy myślałam o tym, co zjem za trzy godziny i która to konkretnie będzie pora. Co powinnam wyeliminować z diety. Kiedy zrobię kupę. Tak, to non-stop zajmowało moją głowę. I dobrze, bo wcześniej nic się tam nie znajdowało. Nie myślałam o niczym, bo kiedy sobie na to pozwalałam, zaczynałam płakać. Bez żadnego konkretnego powodu i właśnie to mnie tak przerażało. Że nie mam powodu by cieszyć się, by się smucić, by żyć.
Potem znalazłam sobie pasję. Wróciłam do starych zainteresowań. I to samo z ludźmi - odnowiłam przyjaźnie, nawiązałam nowe. I teraz już nie boję się pustki.

O ile mam jakieś zajęcie. I o ile spotkam się z kimś przynajmniej raz w tygodniu. Czasami martwię się tym, jak poważnie to traktuję, jakie tabelki tworzę w głowie. Podliczam sobie przyjaciółki i gdy się z nimi zobaczę odhaczam je z listy. Zaliczona, czas przejść do następnej.
Czynię tak ze strachu przed powrotem do Pustki. I choć spotkania z dziewczynami, w ogóle z ludźmi dają mi mnóstwo autentycznego szczęścia, to nie chcę robić tego z przymusu. Prowadzić statystyk.

Może po prostu za bardzo się tym przejmuję. Po pewnym czasie zaczęłam wychodzić na rower bez włączania Endomondo, by sprawdzić ile kalorii spalam. Potrafię też czasem po prostu z nikim się nie umówić i spędzić czas w domu, lepiąc koty, bez poczucia, że staję się żałosna. Coraz rzadziej zdarza mi się panikować, że oto nadciąga piątkowy wieczór, a ja nic sobie nie zaplanowałam. Nie muszę się już ruchać, by wypełnić tę pustkę, ponieważ tej konkretnej pustki już we mnie nie ma. I tylko czasem się upijam, korzystając z faktu, że jestem sama w domu. Nie po to, by o tym fakcie zapomnieć.

A jednak zdarza mi się. Myślę o tym. Przejmuję się. Piszę o tym wpis.
Boję się...

Syyyf

kpina_ze_swiata

Sooo, yeeeah... Upiłam się i smęcę. Kto by się spodziewał?!

Pilnuję kota siostryijejchłopaka i piję wino, które mi zostawili. To, czego mi nie zostawili też wchłonęłam, właśnie piekę ciastka z ich masła, cukru i mąki, a w tle leci jakiś gupi serial. CAŁA JAAA!!!

Więc jest tak... cykam się pisać co czuję i myślę, co mnie boli, bo mogą to przeczytać ludzie, którzy nie powinni tego czytać. Rozumiem, jestem zła, niemoralna, zasługuję na karę, ale KURWA TO JEST MOJE!!! Czemu nie mogę mieć nic swojego, mężczyzny, domu, życia?!

Więc tak... Nadal kocham Kubę. Wiecie o tym? Wspomniałam. Kocham. Boli. A Kuba może tu być, patrzeć na to bez mojej wiedzy i zgody. SPIERDALAJ, CHUJU, NIE MIAŁEŚ PRAWA TEGO CZYTAĆ!!! Znalazł sobie sam i, jak się dowiedziałam, czytał wszystko o nas, gdy byliśmy razem. Super, dzięki, czuję się zgwałcona.
Boże, mam w sobie tak sprzeczne emocje. Z jednej strony myślę "Boże, dobrze Ci tak, a w dodatku tu nie ma sera, CIERP!!!", a z drugiej wreszcie chciałabym być w pełni szczęśliwa. Smutam.

Więc tak. W pijackim szale (piłam z Agiszonem. Zleciła mi podrywanie jej byłego, a po 15 minutach pisania dostałam zdjęcie jego penisa. MĘŻCZYŹNI CHCĄ MNIE TYLKO DO RUCHANIA!!!) napisałam do Kuby. Tydzień temu. Od tamtej pory z nim piszę, tak jakbyśmy znów zaczynali. No wiesz. Zaczynali...
Ale w końcu spytałam czy chce być tylko moim kumplem. Wypłynęło w rozmowie. A jemu wypłynęło, że nie wie co będzie za tydzień, miesiąc, rok. Kurwa, serio, kurwa?! Nie chcę być osobą, która nie wie kim jest, bo czeka na decyzję jakiegoś fiuta.
Chwilka, zostawiłam ciasto w piekarniku... i wino w umywalce...

Jestem beznadziejna. Mam stałą pracę, to nagle czuję, że muszę znaleźć faceta. A po co mi on? Dobrze mi bez niego. Naprawdę. Czytając swoje stare wpisy (kim ja byłam?!) zauważyłam, że będąc z kimś w związku bardzo się zmieniam. Zatracam się i tracę swój charakter, czas, zainteresowania, znajomych. Nagle jestem tylko dla Niego. A On tego nie docenia. Bo jak ma, skoro nie jestem już tą samą dziewczyną, w której się zakochali? Tylko jakimś cieniem jej.
A będąc sama piszę. Teraz nie umiem. Widzisz? Syyyf. A przecież mam tylko zarys faceta, który daje mi nadzieje, na coś, ze może coś sobie ubzdurałam...

Na chwilę człowiek pożyje...

kpina_ze_swiata

Siema!
Mogę tak pisać, bo to mój Blog i tutaj wszystko mi wolno (nie to, że ogólnie w życiu się ograniczam i traktuję je tak, jakby mi czegoś nie było wolno, nawet jeśli zabrania mi tego choćby taki wymysł jak moralność czy jakieś tam prawo. Jak nie wolno, to szybko)
Znalezione obrazy dla zapytania jeśli czegoś nie wolno a bardzo się chce to można
...a poza tym, BYŁAM NA WOODSTOCKU!!!
Nie obraź się o tego capslocka, wyobraź sobie co przeżywała Goplana, gdy pisałam jej tak przez dwa tygodnie, kilka razy dziennie.

JEDZIEMY NA WOODSTOCK!!!!!!!
AAAAAAAA!!!!!
KURWA!!!!!!!!

Szósta rano, a tu Kpina wstała i drze klawiaturę, że jedziemy na Woodstock. Za dziesięć dni. Dziewięć, osiem... A teraz czekamy rok na kolejny.
Woodstock jest fantastyczny. Jedyny w swoim rodzaju. Inny świat. Aż mi się płaksiać chce, kiedy pomyślę, że już się skończył. Choć nawet już w pociągu przestała panować ta cudowna atmosfera, a z ludzi zaczęła wychodzić warszawka. Ale to i tak najlepsze, czego w życiu doświadczyłam. Może kiedyś opiszę cały wyjazd… w jakichś siedmiu wpisach, bo przez rok nie spotkało mnie tyle przygód co przez ten weekend. Ale na razie skrót newsów, bo nie pojawiałam się tu ze sto lat! Wiem, wiem, o ja niedobra, a mam, a mam, lubię to suko.

Dobra, zacznę chyba od najważniejszego: zostałam bibliotekarką. Tak. Robię to, do czego się wykształciłam. I wiesz co? Świetnie się do tego nadaję. Umiem bez narzekania wytrzymać cały dzień siedząc na Facebooku, czytając komiksy w Internecie i książki. I uwaga: pisząc. Tak, zaczęłam pisać coś, co może kiedyś odważę się wysłać do wydawnictwa. Ale najpierw to skończę. A potem upiję się do stanu, w którym człowiek stwierdza, że pisanie do byłego w środku nocy to fantastyczny pomysł. To znaczy, jak dla mnie nie ma nic dziwnego w kontaktowaniu się sobie z byłym. No chyba, że odzywa się Pan Słoń, który “napisał do dziewczyny, z którą kiedyś dobrze mu się rozmawiało". Serio, Pan Słoń wyjechał do mnie z właśnie takim tekstem. Niesamowite jest to, że totalnie nic już do tego człowieka nie czuję. Nawet sympatii. Nie wiem czy zawsze był taki dziwny i irytujący, a ja się w nim głupio zakochałam i tego nie dostrzegłam. Czy zmienił się w kogoś takiego? Tak czy siak, stał mi się zupełnie obcy. Bo kurczę, jeśli ktoś musi pisać do byłej, bo nie ma z kim rozmawiać, to jest po prostu smutne. I żałosne. No chyba, że ktoś się przyjaźni z byłym, jak ja z Kamilem. Fakt, nie znasz Kamila. To barman z mojej starej pracy. Spotykałam się z nim, uwaga, dwa tygodnie. Co za gimnazjum! Podobało mi się, wreszcie poczułam się szczeniacko. Brakowało mi tego, bo przez całą szkołę nikt się mną nie interesował.

Kamil też zasługuje na kilka osobnych wpisów. Serio, długo mnie tu nie było.
A czemu Kamil to Kamil, a nie np Krokodyl (cholera, Krokodyl do niego pasuje), Koala (em, Koala też. To może Ci dawać pewien obraz tego jak złożoną [czytaj: popieprzoną] osobą jest Kamil) czy Paź Królowej? Bo już nie mam ochoty traktować mężczyzn jak zwierzęta.

Wrócę jeszcze do Pana Słonia - nie, nie zmierzam do niczego konkretnego, mogę tak skakać z tematu na temat - do tego stopnia nic do niego nie czuję, że nie martwię się nawet, iż pewnie to przeczyta. Bo dostał adres mojego bloga od Pierduśki. Wyborne zagranie, moja droga, faktycznie poczułam ukłucie czegoś, kiedy oświadczył mi, że domyślił się paru pseudonimów. Słoń wie, że spałam z Borsukiem. Że myślałam o ogolonych jądrach Żurawia (jeśli to Twój pierwszy raz na moim blogu to… chyba lepiej nie wnikaj. Bo już się nie wygrzebiesz…)

A propos Pierduśki (tak, Kpino, to genialny pomysł by zmieścić pięć miesięcy milczenia w jednym wpisie, szczególnie kiedy się jest debilem-wariatem i co dwa dni spotyka Cię idiotyczna przygoda z własnej winy i woli) napisałam do niej list. Na kartce, taki oldschool. Dobra, żarty na bok, i tak wiesz, że ukrywają zdenerwowanie.
Zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy jej nie przeprosiłam. A ona na to zasługuje. Zasługuje na wszystko, co najlepsze. I była za dobra dla mnie. I dla Kuby. Tego imienia mogę użyć swobodnie, bo i tak wszyscy, którzy mieli go nie znać już je poznali.

Mam nadzieję, że Pierduśka jest szczęśliwa. A co do Kuby… cóż, wciąż go kocham. W jakiś kretyński, autodestrukcyjny sposób. Choć nie zapomniałam, jak koszmarnie wyglądał nasz związek. Ale, będąc na wczasach z jogą (stałam na głowie!), podczas medytacji zrozumiałam, że mogę go sobie kochać, nawet jeśli nie mogę z nim być. I to nie stanowi powodu do smutku. Bo ta miłość jest dobra, choć zbudowana na bardzo złych fundamentach. Jak dom, który się zawalił, ale jego mieszkańcy naprawdę się kochali.
No i wiesz… dom zawsze można odbudować…

Zamierzałam tu skończyć, ale po przeczytaniu swoich wypocin stwierdziłam, że nie są aż tak długie i jeszcze coś tu wcisnę. Otóż podczas medytacji spotkałam swoją duszę. Tak, widziałam ją. Wygląda tak jak ja, tylko ma oczy jak dwie drogi mleczne. Nie widać ich, bo ukrywa je pod okularami przeciwsłonecznymi, nosi czarną skórę, białą sukienkę i wianek na głowie. Gra na saksofonie i cały czas je niekończącą się kanapkę z chlebem tostowym, szynką i sałatą. Kiedy gra, wkłada ją do saksofonu, a kanapka lata wszędzie wokoło. I moja dusza jest troszkę chujem, ale tak w sumie to spoko. Wie sporo rzeczy, które mój mózg przede mną ukrywa. Jeszcze kiedyś z nią porozmawiam, gdy będę napotkam na swej drodze jakiś problem. Tyle że na razie nie napotykam (hejterzy: jeszcze!). Żyję sobie w tralala, nie wiem jak długo to potrwa, bo nie oszukujmy się, to przecież ja. Dziś spędzę wieczór sama w butelce i zacznę beczeć, że mężczyźni chcą mnie tylko do robienia loda i deseru, buuuu. Zobaczysz. A jeśli nie… to przygotuj się na więcej takiej radosnej Kpiny. Radosna Kpina. Oksymoron.

A na zakończenie, oto potwierdzenie mojego zawodu (choć, raz nie miłosnego, ha ha… ha.):

Tak, wypożyczyłam to wszystko, plus jedną powieść zostawiłam w robocie. Najlepsze, że na co dzień pracuję w czytelni naukowej, a w tej stercie znajdują się tylko trzy naukowe książki. Resztę przytachałam do domu po dwóch dniach spędzonych w innej filii.

Specjalnie zrobiłam zdjęcie tak, żeby dało się zobaczyć tytuły. Bo wiem, że dużo osób czuje tak jak ja: gdy lubi kogoś w Internecie, to zmienia się w stalkera i chce go poznać z KAŻDEJ strony. Przynajmniej pragnę wierzyć w to, że nie tylko ja się tak zachowuję. I nie tylko z ludźmi w Internecie. I że nie tylko ja sprawdziłam w bazie czytelników wszystkich moich współpracowników, żeby wiedzieć kiedy się urodzili i gdzie mieszkają. No, przecież, że nie tylko ja. Prawda?...

Uważaj, gdzie wypożyczasz książki. Bibliotekarz też może się okazać stalkerem. Kampania społeczna. Na plakacie goła Kpina przyklejona do szyby. Gdyby rozwieszać takie plakaty w autobusach, trzeba by tam było znacznie częściej sprzątać...

Czekając na wolność

kpina_ze_swiata

Przywilej bycia singielką pozawala mi w niedzielę wielkanocną oglądać drugą część Greya. Boże, jakie to głupie. Śmieję się jak wściekła, a podnieca mnie tylko garderoba, którą on jej kupił. Piękna. Piękna. Chcę taką. Och.
Oczywiście był to idealny moment, by napisał do mnie Borsuk. Ten to ma wyczucie.
Spokojnie, zanim opuścisz spodnie i sięgniesz po swoją chusteczkową kochankę, wspomnę, że Borsuk ma dziewczynę. Nasz czas ulotnych szczęśliwości już minął, od teraz już zawsze my będziemy się mijać. Szkoda. Naprawdę, szkoda.
Oczywiście, gdybym chciała, mogłabym go odbić. Ale nie chcę. Chyba... dorastam? Ha, dziwne uczucie. Bukowski już nie zamierza mnie znać. I dobrze, bo nie żyje od dwudziestu paru lat. A nekrofilia jest zbyt popieprzona nawet jak na mnie.

Borsuk troszkę mnie podrywa. Wiem, kiedy facet mnie podrywa, jestem weteranką wojny w zatoce moich nóg. Co świadczy o tym, że z tą jego dziewczyną chyba długo nie pobędą. Spokojnie, zaczekam. Nie mam teraz parcia na seks, ale gdybym miała szansę na seks z Borsukiem, to parcie by się pojawiło. Och tak. Doznania prawie takie, jak przy oglądaniu garderób. Prawie.

Na razie jestem seksualnie uspokojona. I nadal mam dosyć facetów.
Gdybym teraz miała chłopaka, nie mogłabym sobie w piątek pojechać do Łodzi.
Zdecydowałam się na to w czwartek w środku nocy, gdy moja znajoma z pracy, Finlandia, stwierdziła, że po raz pierwszy jedzie tam pociągiem do chłopaka i chciałaby, żeby ktoś jej towarzyszył. Do Łodzi zawsze mnie ciągnęło, z uwagi na klimat tego miasta. I dlatego, że mój były był tam ze swoją byłą. Zdanie jak z brazylijskiej telenoweli.

Chwalił to miasto i chwalił, a ja zazdrościłam i zazdrościłam. Aż w końcu pojechałam tam sama. I nadal zazdrościłam.
Stanęłam przed miejscem, w którym on jej robił zdjęcie. Kiedyś mi je pokazał, a mnie ścisnęło w środku. I już nie chciałam słuchać jego wspomnień na ten temat.
Stanęłam tam i zrobiło mi się przykro. Bo dla mnie nigdy nie miał czasu i pieniędzy, by gdzieś jechać.
Teraz, gdy już leżę pod bezpieczną i swojską kołderką z alkoholu, myślę, że to dobrze, że jestem sama. Mogę sobie nagle zniknąć i nie martwić się, czy komuś przez to smutno. Mogę sobie sama pozwiedzać i czerpać z tego frajdę. I czerpałam. Jak już się pogodziłam z tym, że muszę zapłacić 110 zł za przejazd tramwajem na gapę. Jeden przystanek! Ale będzie z tego zabawne wspomnienie i nauka na przyszłość, by w obcym mieście najpierw kupić bilet. I sprawdzić godziny funkcjonowania muzeów, by nie gubić się przez pół miasta, a potem stwierdzić, że zostało pół godziny do zamknięcia jednego, a drugie jest w piątki nieczynne. Serio, można to zrobić w podróży, zamiast się nudzić, a potem robić z siebie atrakcję dla miejscowych, gdy się kurwi pod nosem.

Mimo wszystko Łódź mi się podobała. Miała ten robotniczy klimat, który ja noszę w sobie. Ludzie przeklinają na ulicy. Są cyniczni na murach. To właśnie uważam za piękno.
IMG_20170414_150821
IMG_20170414_1952191Nie bądź cipą. Jak nie odbiera, znaczy że nie kocha. I tak samo z życiem. Jak pokocha, to samo zadzwoni.

Nie znam się na tych idiotyzmach

kpina_ze_swiata

O Boże, właśnie zdałam sobie sprawę, że zamieniam się w swoją matkę!
Znalezione obrazy dla zapytania moja matka śmieszne
Odziedziczyłam szerokie biodra, duży biust i wyraźne brwi, których nie muszę malować kredką jak transwestyta. I starczy! Absurdalne poczucie humoru - biorę. Wytrwałość, pracowitość, siłę - moje. Ale dlaczego, do cholery, zaczynam się "nie wtrącać"?!

"Nie wtrącam się", to ładne hasło, o ile faktycznie wisi Ci, że ktoś marnuje sobie życie. Koleżanka wychodzi za ćpuna? Super, może da jej jakiś dreszczyk emocji i poczucie niebezpieczeństwa, które aktywuje w niej Super-Zaradną-Kobietę. To jest niewtrącanie się.
Moja matka powie Ci, że się nie wtrąca. Że się nie zna. A w głowie już przylepi Ci łatkę idioty. Wiesz, że to zrobiła, bo jej twarz to wyrazi. Jej postawa.

Goplana przesłała mi dziś tekst jakiegoś buca. Tekst miał w sobie wiele racji, ale był napisany w prowokacyjnym, wulgarnym stylu, który ma za zadanie przyciągnąć czytelnika. Nuda.
Ogólnie wpis opowiadał o tym, że kiedyś faceci to byli fajni, a teraz już nie są (czyli jak sprawić, by młode dupy szły do łóżka ze starym dziadem. Koleś napisał to wprost!). Że kiedyś inaczej się wychowywało i mężczyzna był mężczyzną, a nie "ciotopedałem".
Nie zgadzam się. Może i racja, że teraz narobiło się takich więcej, ale to chyba taki wiek, wiek zagubienia. Dawno wojny nie było, czy coś. Jak zwierzęta długo nie mają naturalnych wrogów, to im odpierdala.
Poza tym nie sądzę, żeby obecni czterdziestoparolatkowie byli w jakikolwiek sposób lepsi, tylko dlatego, że są starsi. Goplana ubzdurała sobie, że każdy chłopak z naszego pokolenia jest beznadziejny, a każdy starszy facet to skarb. Tylko dlaczego jeśli jest takim skarbem, to w tym wieku nie ma żony, albo chociaż dziewczyny?
Goplanie się wydaje, że chce, by facet za nią wszystko zrobił. Ale znam ją i wiem, że zagryzłaby takiego kolesia. Bo to ona chce rządzić.
A nawet jeśli nie, to dlaczego ona wymaga od faceta zdecydowania, skoro sama nie wie czego pragnie? Od życia, od przyszłości. Mówi, że jej to nie przeszkadza, że będzie co ma być. To dlaczego facet ma wiedzieć?

Od zawsze pojawiały się ludowe mądrości i głupoty, że mężczyzna jest głową, a kobieta szyją, która nią kręci. Czyli zawsze tak było! Teraz narosło mnóstwo księżniczek, które oczekują, że się wszystko za nie zrobi. Ale księżniczka coś jednak potrafi. Wydawać rozkazy. Mówić, czego pragnie. Nie oczekuje, że wszyscy się tego domyślą.

Nie powiedziałam tego jednak Goplanie, rzuciłam tylko "trzeba się pogodzić z wieczną masturbacją". Nie chciało mi się z nią kłócić (choć oczywiście zaraz pojawił się argument, że seks to nie wszystko). Mój ostatni związek opierał się głównie na kłótniach, nawet jeśli mieliśmy takie samo zdanie. Nazywaliśmy to "żywą dyskusją", ale w gruncie rzeczy chodziło o to, by pokazać, kto tu jest mądrzejszy, kto ma większe i dłuższe połączenia w mózgu. Na początku sprawiało mi to frajdę, ale po pewnym czasie stało się męczące. Bo w takich sporach nikt nie wygrywa. Ty mówisz swoje, ktoś swoje i nawet jeśli się ze sobą zgodzicie, to i tak dalej nie myślicie cudzego. Pytam więc: po co sobie strzępić język?

Może po to, żeby nie stać się moją matką?...

© Jestem nudna i dobrze mi z tym!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci