Menu

Jestem nudna i dobrze mi z tym!

I piszę nie przejmując się słowami...

Czekając na wolność

kpina_ze_swiata

Przywilej bycia singielką pozawala mi w niedzielę wielkanocną oglądać drugą część Greya. Boże, jakie to głupie. Śmieję się jak wściekła, a podnieca mnie tylko garderoba, którą on jej kupił. Piękna. Piękna. Chcę taką. Och.
Oczywiście był to idealny moment, by napisał do mnie Borsuk. Ten to ma wyczucie.
Spokojnie, zanim opuścisz spodnie i sięgniesz po swoją chusteczkową kochankę, wspomnę, że Borsuk ma dziewczynę. Nasz czas ulotnych szczęśliwości już minął, od teraz już zawsze my będziemy się mijać. Szkoda. Naprawdę, szkoda.
Oczywiście, gdybym chciała, mogłabym go odbić. Ale nie chcę. Chyba... dorastam? Ha, dziwne uczucie. Bukowski już nie zamierza mnie znać. I dobrze, bo nie żyje od dwudziestu paru lat. A nekrofilia jest zbyt popieprzona nawet jak na mnie.

Borsuk troszkę mnie podrywa. Wiem, kiedy facet mnie podrywa, jestem weteranką wojny w zatoce moich nóg. Co świadczy o tym, że z tą jego dziewczyną chyba długo nie pobędą. Spokojnie, zaczekam. Nie mam teraz parcia na seks, ale gdybym miała szansę na seks z Borsukiem, to parcie by się pojawiło. Och tak. Doznania prawie takie, jak przy oglądaniu garderób. Prawie.

Na razie jestem seksualnie uspokojona. I nadal mam dosyć facetów.
Gdybym teraz miała chłopaka, nie mogłabym sobie w piątek pojechać do Łodzi.
Zdecydowałam się na to w czwartek w środku nocy, gdy moja znajoma z pracy, Finlandia, stwierdziła, że po raz pierwszy jedzie tam pociągiem do chłopaka i chciałaby, żeby ktoś jej towarzyszył. Do Łodzi zawsze mnie ciągnęło, z uwagi na klimat tego miasta. I dlatego, że mój były był tam ze swoją byłą. Zdanie jak z brazylijskiej telenoweli.

Chwalił to miasto i chwalił, a ja zazdrościłam i zazdrościłam. Aż w końcu pojechałam tam sama. I nadal zazdrościłam.
Stanęłam przed miejscem, w którym on jej robił zdjęcie. Kiedyś mi je pokazał, a mnie ścisnęło w środku. I już nie chciałam słuchać jego wspomnień na ten temat.
Stanęłam tam i zrobiło mi się przykro. Bo dla mnie nigdy nie miał czasu i pieniędzy, by gdzieś jechać.
Teraz, gdy już leżę pod bezpieczną i swojską kołderką z alkoholu, myślę, że to dobrze, że jestem sama. Mogę sobie nagle zniknąć i nie martwić się, czy komuś przez to smutno. Mogę sobie sama pozwiedzać i czerpać z tego frajdę. I czerpałam. Jak już się pogodziłam z tym, że muszę zapłacić 110 zł za przejazd tramwajem na gapę. Jeden przystanek! Ale będzie z tego zabawne wspomnienie i nauka na przyszłość, by w obcym mieście najpierw kupić bilet. I sprawdzić godziny funkcjonowania muzeów, by nie gubić się przez pół miasta, a potem stwierdzić, że zostało pół godziny do zamknięcia jednego, a drugie jest w piątki nieczynne. Serio, można to zrobić w podróży, zamiast się nudzić, a potem robić z siebie atrakcję dla miejscowych, gdy się kurwi pod nosem.

Mimo wszystko Łódź mi się podobała. Miała ten robotniczy klimat, który ja noszę w sobie. Ludzie przeklinają na ulicy. Są cyniczni na murach. To właśnie uważam za piękno.
IMG_20170414_150821
IMG_20170414_1952191Nie bądź cipą. Jak nie odbiera, znaczy że nie kocha. I tak samo z życiem. Jak pokocha, to samo zadzwoni.

Nie znam się na tych idiotyzmach

kpina_ze_swiata

O Boże, właśnie zdałam sobie sprawę, że zamieniam się w swoją matkę!
Znalezione obrazy dla zapytania moja matka śmieszne
Odziedziczyłam szerokie biodra, duży biust i wyraźne brwi, których nie muszę malować kredką jak transwestyta. I starczy! Absurdalne poczucie humoru - biorę. Wytrwałość, pracowitość, siłę - moje. Ale dlaczego, do cholery, zaczynam się "nie wtrącać"?!

"Nie wtrącam się", to ładne hasło, o ile faktycznie wisi Ci, że ktoś marnuje sobie życie. Koleżanka wychodzi za ćpuna? Super, może da jej jakiś dreszczyk emocji i poczucie niebezpieczeństwa, które aktywuje w niej Super-Zaradną-Kobietę. To jest niewtrącanie się.
Moja matka powie Ci, że się nie wtrąca. Że się nie zna. A w głowie już przylepi Ci łatkę idioty. Wiesz, że to zrobiła, bo jej twarz to wyrazi. Jej postawa.

Goplana przesłała mi dziś tekst jakiegoś buca. Tekst miał w sobie wiele racji, ale był napisany w prowokacyjnym, wulgarnym stylu, który ma za zadanie przyciągnąć czytelnika. Nuda.
Ogólnie wpis opowiadał o tym, że kiedyś faceci to byli fajni, a teraz już nie są (czyli jak sprawić, by młode dupy szły do łóżka ze starym dziadem. Koleś napisał to wprost!). Że kiedyś inaczej się wychowywało i mężczyzna był mężczyzną, a nie "ciotopedałem".
Nie zgadzam się. Może i racja, że teraz narobiło się takich więcej, ale to chyba taki wiek, wiek zagubienia. Dawno wojny nie było, czy coś. Jak zwierzęta długo nie mają naturalnych wrogów, to im odpierdala.
Poza tym nie sądzę, żeby obecni czterdziestoparolatkowie byli w jakikolwiek sposób lepsi, tylko dlatego, że są starsi. Goplana ubzdurała sobie, że każdy chłopak z naszego pokolenia jest beznadziejny, a każdy starszy facet to skarb. Tylko dlaczego jeśli jest takim skarbem, to w tym wieku nie ma żony, albo chociaż dziewczyny?
Goplanie się wydaje, że chce, by facet za nią wszystko zrobił. Ale znam ją i wiem, że zagryzłaby takiego kolesia. Bo to ona chce rządzić.
A nawet jeśli nie, to dlaczego ona wymaga od faceta zdecydowania, skoro sama nie wie czego pragnie? Od życia, od przyszłości. Mówi, że jej to nie przeszkadza, że będzie co ma być. To dlaczego facet ma wiedzieć?

Od zawsze pojawiały się ludowe mądrości i głupoty, że mężczyzna jest głową, a kobieta szyją, która nią kręci. Czyli zawsze tak było! Teraz narosło mnóstwo księżniczek, które oczekują, że się wszystko za nie zrobi. Ale księżniczka coś jednak potrafi. Wydawać rozkazy. Mówić, czego pragnie. Nie oczekuje, że wszyscy się tego domyślą.

Nie powiedziałam tego jednak Goplanie, rzuciłam tylko "trzeba się pogodzić z wieczną masturbacją". Nie chciało mi się z nią kłócić (choć oczywiście zaraz pojawił się argument, że seks to nie wszystko). Mój ostatni związek opierał się głównie na kłótniach, nawet jeśli mieliśmy takie samo zdanie. Nazywaliśmy to "żywą dyskusją", ale w gruncie rzeczy chodziło o to, by pokazać, kto tu jest mądrzejszy, kto ma większe i dłuższe połączenia w mózgu. Na początku sprawiało mi to frajdę, ale po pewnym czasie stało się męczące. Bo w takich sporach nikt nie wygrywa. Ty mówisz swoje, ktoś swoje i nawet jeśli się ze sobą zgodzicie, to i tak dalej nie myślicie cudzego. Pytam więc: po co sobie strzępić język?

Może po to, żeby nie stać się moją matką?...

Tracę czucie w sobie

kpina_ze_swiata

Odczuwam w sobie jakiś taki brak uczuć. Brak głębi. Rozmawiałam z kolegą z pracy, oszołomem wyprzedającym swoje myśli, nawet te, których data przydatności już minęła. Nie zrozum mnie źle, to komplement.
Powiedział mi, że zima wydaje mu się taka trochę nierzeczywista, dopiero na wiosnę odzyskuje tę rzeczywistość. Jednak ostatnio nie mógł jej nigdzie znaleźć, dopiero kiedy kupił sobie Snickersa i trafił w nim na orzeszek, ten był bardzo realny. No co, mówiłam, że to myśli nieprzydatne do niczego. Choć mimo to nie zepsute.
Znalezione obrazy dla zapytania myśli śmieszne
Jestem jakaś taka wypalona. Wszystko się toczy wokół mnie, mogę się męczyć, mogę się bawić, ale jakoś tak tego nie czuję. Faktycznie, wszystko jest takie nierzeczywiste. Rzeczywistość jest poza mną, ale nie ma jej we mnie. Nawet nic mnie nie wkurza.
Przypomniałam sobie, że na początku istnienia bloga zrobiłam sobie test na toksyczność. Wyszedł mi w nim alarmujący wynik, świadczący o tym, że w moim odczuciu otacza mnie banda debili. Wtedy faktycznie tak myślałam. Ale zmieniłam się bardzo w ciągu tych niemalże dwóch lat (już tak długo zatruwam Ci życie i umysł, huhu!). Dziś powtórzyłam test. Jeśli wierzyć psychologom w PDFie, nie jestem już złym człowiekiem. Rzeczywiście, bardziej szanuję i nawet lubię innych. Znormalniałam.
Teraz dopiero czuję się nudna.
Co prawda nadal gardzę pustakami, którym kciuki w górę podnoszą ego. Wciąż kpię sobie ze studentów, dla których uczelnia to nie tylko droga do dobrego życia, to jest dobre życie!!!!!!!11 Tylko że gdy już nie otaczam się takimi osobami, gdy nie widzę na co dzień tych żałosnych zachowań, łatwiej mi podchodzić do innych bez automatycznej wrogości. I teraz życie jest łatwiejsze.

Tylko jakieś takie bardziej puste.
Czuję się ociupinkę wypalona. Ugasiłam się tolerancją.
Stąd moja chęć by pić. I palić. Nigdy nie miałam szczególnych ciągot w kierunku zaciągania się (co innego w kierunku ciągnięcia. O tak), czasem tylko wzięłam bucha od kogoś, kto jarał najbliżej butelki. A teraz chce mi się palić, wychodzę z domu i żałuję, że nie wzięłam fajek znalezionych na podłodze w klubie (napiwki sprzątaczki). Kiedyś papieros mnie otwierał, nagle wpadały mi do głowy szalone pomysły i albo je realizowałam ("zawsze mi się podobałeś, to pomyślałam, że w końcu się odezwę..."), albo je opisywałam. A teraz palę i nic. Upijam się codziennie i nic. Susza. Nawet ruchać mi się nie chce. Kim ja jestem?!

Może eliminowanie stresorów nie było dobrym pomysłem? Tak samo samodoskonalenie i leczenie swojej psychiki. Po co mi to było, po co?!
Chciałabym to zmienić, ale w sumie mi się nie chce.
Kropla, która spływa po skale.

Odprężenie w nudzie

kpina_ze_swiata

Zaraz po zerwaniu, mam zawsze ochotę robić wszystko na przekór mojej przeszłości. Przeszłości z tym kimś.
Będąc ze Słoniem zamknęłam się w rutynie, uzależniłam od niego, przywykłam do jego fiuta. Nie znałam nic poza nim. Kiedy się rozstaliśmy, chciałam to zmienić, chciałam zakosztować młodości w takim wydaniu, które odbierało mi wczesne narzeczeństwo. Dlatego bardzo potrzebowałam się puszczać i robić inne złe rzeczy. To jednocześnie mnie niszczyło i leczyło, musiałam nisko upaść, by odbić się od dna.
Teraz zakończył się mój kolejny związek. Kończył się właściwie od jakiegoś czasu, od czasu gdy zdałam sobie sprawę, że będąc sama robiłabym dokładnie to samo. Nauczyłam się wtedy sama wychodzić, bardziej używać życia, bez mazania się w jego wydzielinach. Chodziłam na samotne spacery, do kina, na zakupy, do muzeum. I czułam się z tym świetnie, byłam z siebie dumna.

Kiedy z kimś zerwiesz, a otaczasz się wspaniałymi koleżankami, to nagle wszystkie bardzo starają się podnieść Cię na duchu, ale tak, byś tego nie zauważyła. Dlatego byłam w restauracjach i klubach, co tydzień, dwa dni pod rząd, szastałam kasą, której na koniec miesiąca już nie miałam i bawiłam się wspaniale. Tym razem mogłam już naprawdę czerpać przyjemność z tańczenia, bez szukania w klubie choć jednego napalonego zboczeńca, który wgapiałby się w mój tyłek. Już się wyszalałam pod tym kątem. Teraz chciałam dalej korzystać z mojego przywileju młodości, ale takiej bardziej dojrzałej. Liczyłam na to by po prostu pożyć sobie, myśląc przy tym racjonalnie.

Kiedy jednak moje koleżanki dostrzegły, że nie trzeba mnie trzymać za rękę podczas zapłakanych wizyt w toalecie, ulotniły się do swoich młodości, swoich żyć i swoich miłości. Skoro wiadomo, że się nie rozkleję, nie trzeba już udawać, że wszyscy faceci to dranie.

I teraz nastał dla mnie taki dziwny okres, gdy znów z nikim nie wychodzę, siedzę w domu, trwonię czas, upijam się w samotności, ale wszystko to już bez napięcia, że oto jestem żałosna, że powinnam ćwiczyć, integrować się z ludźmi, pić z kimś, kto najlepiej mi ten alkohol postawi, a potem ja postawię jemu. Nie. Jestem sobie nudna, leżę na łóżku, oglądam koty w Internecie i wiem, że tego mi właśnie trzeba. Choć to dokładnie to, co przez niemal rok robiłam w związku.
Są chwile, gdy zaczyna mnie to przytłaczać. Brak zajęć. Brak osoby, do której można pisać głupie teksty.
I napisałam do Żbika.
Haha, tak, popełniam te same błędy. To znaczy chciałam. Bo Żbik siedzi na L4 z powodu problemów psychicznych. Miał, cytuję "epizod psychotyczny albo zaburzenia lękowe".
To oficjalne. Wybieram mężczyzn, którzy są świrami. Logiczne, z normalnym bym się nie dogadała.

Troszkę szkoda, bo zdałam sobie sprawę, że zjebałam relację z nim. Byłam wtedy naprawdę popieprzona i spanikowałam, gdy okazało się, że dobrze idzie, za dobrze, że coś może z tego być, coś więcej, bliżej, za blisko, ratunku, duszę się. Ta myśl nie przypłynęła do mnie w stanie alkoholowego zamroczenia samotnością, nie. Ta myśl przychodziła do mnie bardzo często w ciągu ostatniego roku, natrętna i nękająca. Uporczywa. Stwierdziłam, że jak nie spróbuję, to nigdy nie będę w stanie o nim zapomnieć.
Spróbowałam. Ale on jest teraz w kiepskim stanie. Ja, ponieważ mam problem z nadmierną matczyną teresownością, byłam gotowa w to grać, jakoś go wspierać. Ale nie odzywa się. Po tej jednej rozmowie i kilku próbach z mojej strony, u niego cicho. Rozumiem, że ma trudny okres. I możliwe, że ten okres potrwa całe życie.
Być może dobrze wyszło. Po co pakować się w te wszystkie emocjonalne huśtawki, kiedy sama jestem dosyć niestabilna. Ale myśli chyba nadal będą uporczywe...

Szczerze, to nawet wygodne. Obrzydły mi już trochę relacje z mężczyznami. To, że czegoś od nich oczekuję, rzeczy w moim mniemaniu normalnych, a potem się zawodzę. To, że na początku wszyscy się starają i chcą nieba przychylić, a potem musi ci wystarczyć zwykła przyziemność. To, że bardzo często będąc z kimś, czuję się sama.
Wolę więc zatapiać się w swoich myślach, fantazjach, wyobrażeniach i na razie nie szukać miłości. I nie czekać, aż ona mnie znajdzie. Myślę, że to całkiem przyjemny sposób na życie. I na szukanie inspiracji do pisania.
Bo tak, rozważam pisanie. I nawet trochę piszę. Powoli. Cii...
Podobno najlepsze pomysły pojawiają się wtedy, gdy się człowiek nudzi.
Gdzie te internetowe koty? Czas pobyć nudną...
Tęskniłam za tym.

Umysł na leczeniu

kpina_ze_swiata

Czołem, ludkowie!
Znalezione obrazy dla zapytania cześć
Są powody, dla których nie powinnam znowu tego robić. Strach przed tym, że chęć pisania ciekawych historii zacznie manipulować moim życiem. Znowu. To, że znajomi dorwali się do tego adresu. To, że zrobili to ludzie, którzy zdecydowanie nie powinni tego czytać, nie tylko dlatego, że chcą zmienić mnie w emocjonalną kupę, ale również dlatego, że to skrzywdzi ich samych. Ale wiecie co?

Stęskniłam się, kurwa, za Kpiną.

To jeszcze nic pewnego. Ale coraz częściej myślę sobie, jak fajnie byłoby napisać coś na blogu, spotkać się z reakcją innych ludzi, żeby mogli mi powiedzieć "dziewczyno, ale pierdolisz".
Ostatnio udało mi się zdać sobie sprawę z tego, że tak właściwie to nie przez bloga zachowywałam się dziwnie, w sposób szalony i nieodpowiedzialny.
Ja wtedy taka byłam. Mój umysł, moja moralność przeszły infekcję. Jeszcze do końca się z niej nie wyleczyłam, ale jest lepiej.
Po części dzięki mojemu, obecnie byłemu chłopakowi.
Tak. Wszyscy ludzie, którzy pragnęli skrzywdzić mnie w odwecie mogą się cieszyć. Rozstaliśmy się.
Ale nie żałuję. Nie żałuję także, że ten związek się zaczął, nawet zważywszy na okropne okoliczności jego rozpoczęcia. Zanim zaczęliśmy się spotykać, odnajdywałam siebie w smętnych piosenkach. Bardzo odpowiadał mi wtedy, wciąż ukochany, Damon Albarn, śpiewający razem z Blur o czułości:

"Lord I need to find
Someone who can heal my mind"

I tak. Mój były pomógł mi uleczyć mój umysł. Zasługa nie należy tylko do niego. Przyczynił się do tego również fakt, że wreszcie skończyłam studia.

Skończyłam. Czujesz to? Poczuj ze mną tę ulgę, tę radość, tę wolność! Obroniłam licencjat! Mam wyższe! I chuj mi po nim! I tak sprzątam!
Taką mam pracę, sprzątam. Sprzątam brudne szklanki, rzygi, papier toaletowy. A także kłócę się z klientami, dla których dwa złote to za dużo za fakt, że nie będą musieli pilnować swojego płaszcza, gdy już schleją się jak świnie. A także nalewam piwo tym, którzy go potrzebują i mają dziesięć złotych za dużo.
Pracuję w klubach.
Ja! Uwierzysz? Ja, ta nudna, ta co kiedyś nie cierpiała klubów, choć nigdy w żadnym nie była! Ta, która nie znosiła muzyki w stylu umc-umc. Nadal jej nie znoszę, ale w pewnym momencie już jej nie słyszę. Biały szum, przez który przebija się tylko odgłos tłuczonego szkła. Bo to ja będę lecieć ze szczotką, by je zamieść.

I wiesz co? Uwielbiam to. Jest coś niesamowicie hipnotyzującego w gapieniu się na tańczący tłum, w byciu obserwatorem cudzej zabawy w upodlenie.
I tak, powinnam jeszcze zrobić magistra. Ciągle jakiś kretyn podrywa mnie, gdy stoję na szatni i skazuje się na obolałe jądra, bo zagaja rozmowę pytając "Co studiujesz?". Ja odpowiadam "Nic" i koniec podrywu.
Nie chcę jednak wracać do tego grobu. Studia zniszczyły mnie psychicznie, chyba po prostu się do tego nie nadaję. Pochodzę z rodziny z silnymi, robolowymi tradycjami, nie mogę nagle się od tego odcinać, dla jakiegoś wykształcenia.
Wiadomo, nie będę przez całe życie ścierać cudzej szminki z kieliszków, ale jak na razie bardzo mi to pasuje. Przez pewien czas czułam stały, wewnętrzny strach o to, że mam dwadzieścia dwa lata, żadnych planów, żadnych perspektyw, żadnej stałej pracy i nawet nie wiem co chcę robić, a w tym wieku już chyba powinnam. Ale potem, przebywając w szpitalu - powiem tyle, pozbywajcie się zębów mądrości, póki nie zaczną rosnąć jak zidiociałe - poznałam dwudziestoośmiolatkę pracującą na stacji benzynowej. Taką wyluzowaną i spokojną. Nie przejmowała się tym, że zaczyna jakieś szkoły, potem je kończy albo nie, ale jej życie się nie zmienia. Po prostu żyje i się tym cieszy.
Ja też tego zapragnęłam.
I teraz gdy ktoś się dziwi, że się nie rozwijam, nie czuję już z tego powodu wstydu. Chwilowo właśnie tego potrzebuję. Być może ta chwila potrwa całe moje życie. Ale zamierzam ją celebrować, zamiast tracić na coś, co nie daje mi szczęścia.

A czy dalej jestem nudna? Oczywiście. Bardziej otwarta, częściej wychodzę, mam mało czasu na czytanie, robienie kotów z filcu czy zamartwianie się tym, jaka jestem pojebana. Ale kiedy już ten czas znajduję, to świetnie się wtedy bawię, sama ze wszystkimi sobą.
I chyba znów chcę się tym z Tobą podzielić. Nawet jeśli to się na mnie zemści...

Dobrem zwyciężaj...

kpina_ze_swiata

Miałam taki okres w życiu, gdy chciałam być zła. Postępować w zły sposób. Po rozstaniu poczułam, że jestem wolna i młoda. W przeciwieństwie do tego, co odczuwałam w związku. Miałam wrażenie, że jestem bardzo stara. Chciałam zakosztować życia we wszystkich jego smakach. W tym gorzkim też.

Poza tym, to ładnie wyglądało na blogu.
Wszystko co napisałam było prawdą. Ale w pewnym momencie specjalnie modyfikowałam swoje zachowanie, właziłam w jakieś sytuacje, tylko po to, by je opisać. Każdy mój pamiętnik był w jakiś sposób stylizowany. Bo pisząc mam swój styl. I uważam, że jest częścią mnie. Bo tak jest. Ale nie powinnam mu pozwalać się zdominować.

Piszę o tym wszystkim, bo kolejna moja znajoma odnalazła bloga. Agejsza. Pewnie każdy człowiek zajrzałby do cudzego pamiętnika, jeśli miałby taką możliwość. Bo chcesz wiedzieć co ktoś o Tobie myśli.

Dostałam dziś wiadomości od Agejszy i postanowiłam przeczytać to, co o niej napisałam.
To były okropne rzeczy.
Popatrzyłam na to teraz, z perspektywy niemal roku i nie potrafiłam poznać się w tych tekstach. Czy ja naprawdę tak myślałam?

Niestety tak. Wolałabym udawać, że w pełni stylizowałam te wpisy. Ale jednak myślałam o niej w ten sposób i teraz mi to ciąży.
Bo zdałam sobie sprawę, że mam jakąś skłonność do ranienia osób, które są dla mnie dobre. Może to taki mechanizm obronny - jeśli ja skrzywdzę ich pierwsza, oni nie będą mogli skrzywdzić mnie. Jeśli wmówię sobie, że to nic dla mnie nie znaczy, nie będzie miało znaczenia, jeśli mnie opuszczą.
Może to kwestia wychowania. Choć wiesz, że staram się nie obwiniać o nic moich rodziców, nikogo nie obwiniać. Bo każdy jest kowalem swojego losu. Bo to moje życie i to ja decyduję jak będzie wyglądać. I czy poddam się swoim patologiom, czy będę z nimi walczyć.

Teraz chcę walczyć. Chcę się zmienić. Bo Agejsza pokazała mi, że można.
Wpadła w złe towarzystwo. Bo nie miała wsparcia, gdy najbardziej go potrzebowała. To również moja wina, bo ja ją wtedy opuściłam. Ale byłam wtedy głupia. Myślałam, że wiem lepiej. Dopiero gdy sama stanęłam w sytuacji dwuznacznej moralnie, zdałam sobie sprawę, że pewne rzeczy są silniejsze od Ciebie. Że czasem zdarza się coś z czym nie możesz - lub, w jakiejś pierwotnej części nie chcesz - walczyć. Pozawalasz by to się działo, nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że powinno się postąpić inaczej. Ale nie da się tego zrozumieć, dopóki samemu nie przeżyje się czegoś podobnego.

Tak czy siak, Agejszy się udało. Zmieniła swoje życie, zaczęła wybierać lepiej. Iść do przodu, rozwijać się. Bo potrafi. Bo chce z tym walczyć.
Przebaczyła mi i jestem jej za to bardzo wdzięczna. Ja nie zdobyłabym się na to, gdybym dowiedziała się, że ona postrzega mnie w równie podły sposób, w jaki ja postrzegałam ją. Ale to, że jej się to udało, daje mi nadzieję. Że można odnaleźć w sobie dobro i pozwolić mu zwyciężać.

Chcę być lepsza. Nie chcę już krzywdzić ludzi.
Zastanawiałam się nad tym, czy nie iść z tym do psychologa, ale znasz moją fobię przed lekarzami gmerającymi w mojej głowie.
Na razie spróbuję poszukać w sobie dobra. Agejsza działa w wolontariacie i namawia mnie, żebym się do niej przyłączyła. Myślę, że byłaby to dla mnie dobra terapia. Spotkać się z prawdziwym ludzkim cierpieniem i postarać się je zrozumieć. Postarać się coś poczuć. Bo całe życie ktoś zabrania mi odczuwać emocje. Moi rodzice, którzy uczucia traktowali jak obleśną narośl. Ja sama, która wmówiłam sobie, że to coś wstydliwego, żałosnego, miękkiego. Ale miękkość nie jest złą cechą.
Czasem myślę, że nie mam prawa czegoś czuć. Co nie zmienia faktu, że to czuję.
I wiem, że staram się czynić dobro z egoistycznych pobudek, co umniejsza jego wartość. Ale czy istnieje coś takiego jak mniejsze czy większe dobro?
Myślę, że dobro to droga, którą się kroczy. Nie coś, do czego się dąży. Coś, co się wybiera, kiedy istnieje możliwość pójścia na skróty, wśród cierni.

Zauważyłam, że większość krzywd, które wyrządzałam z innych, wynikła z mojego wygodnictwa. Bo gdy kogoś okłamałam czy wykorzystałam, zawsze coś na tym zyskiwałam. I tylko ja.
Nie chcę już kierować się moim konformizmem. Chcę się zmienić.
Ale nie uda mi się to, jeśli dalej będę żyła po to, by opowiedzieć ciekawą historię.
Dlatego na razie nie będę pisać bloga. Może raz na jakiś czas się odezwę. Zobaczymy.
Może uda mi się pozbyć tej chęci przyciągnięcia czytelnika. Jeśli nie, wybaczcie, że zrobię sobie chwilową przerwę.
Dziękuję jednak wszystkim, że ze mną byli, że czytali, że komentowali. Wiele to dla mnie znaczy i wielokrotnie mi pomogło.
Dziś nie będzie ciekawego zakończenia. I nie sprawdzę czy nie zrobiłam powtórzeń albo błędów składniowych.
Dziś po prostu napisałam siebie.

Nobelon

kpina_ze_swiata

nobelonDziś w nowej pracy dowiedziałam się, że po trzech pierwszych dniach szefowa ogląda na kamerach poczynania nowych pracownic, a potem decyduje czy chce je zatrzymać.
Dziś minął mój trzeci dzień...

Oczywiście, jako że to ja, natychmiast założyłam, że sobie mnie odpuszczą. Zawsze zakładam tylko najgorsze. Cała resztę ściągam, aż widać rów moich czarnych myśli.
Po piętnastu godzinach ciągłego pakowania prezentów, wciąż robię to albo ładnie, albo szybko. I głównie tym się martwię. Bo to cholernie istotny element mojej wypłaty.
Szkoląca mnie dziewczyna powiedziała, że dają tydzień na to, by to perfekcyjnie wypracować. Na więcej nie mają czasu. A klienci nie mają - lub nie chcą mieć - piętnastu minut na to, aż zawiążę im kokardki na uśmiechach bliskich.

I ponieważ to ja, zaczęłam już się przekonywać, że to nawet lepiej. Bo to praca nie dla mnie. Bo ja nie potrzebuję całego etatu, tylko dorywania się do kasy, z możliwością pierdzenia w kołdrze przez trzy dni w tygodniu.
I wtedy mogłabym pisać...

Teraz skupiam się na ukończeniu licencjatu. Jestem już bliżej niż dalej, ale termin już prawie rozjechał mi palce.
Kiedy to skończę, polezę na kosmetykę i nauczę się brać forsę za wyciskanie pryszczy. I będę się tego uczyć w trybie zaocznym. Mogłabym więc spędzać wiele czasu sama ze sobą i mną, tą drugą i trzecią mną, czyli tym co pisarze nazywają "dialogami".

A jednak... jest zawsze coś ważniejszego. Teraz to licencjat. Potem praca. Pryszcze. Miłość. Nienawiść. I wszystko to świetne tematy do książek, ale... trzeba chcieć.
Bo nie chodzi tu o brak czasu, znajduję go przecież na seriale i plądrowanie lodówki. To raczej... podjęcie ryzyka.

Żeby pisać naprawdę musiałabym w pełni się temu poświęcić. Uwierzyć, że jestem na tyle dobra, by z tego wyżyć. Że będę mieć szczęście, bo tytuł mojego debiutu będzie brzmiał tak samo, jak imię psa osoby, która czyści skrzynki w wydawnictwie. Że pomimo warunków na polskim rynku książki, ktoś jednak sięgnie po moją powieść i postanowi wydać na nią trzydzieści wacików.
Trudno w to uwierzyć.

Przecież w mojej głowie wciąż panuje chaos i niczego nie mogę skończyć. Skleję sobie patchworkową książkę, mieszankę mutantów z kochankami i buntownikami?

Chcę tego. Marzę o tym od dziecka. Umiem to robić. Zwykle. Czasem nawet na trzeźwo.
I pragnę, by wreszcie nie wisiało nade mną widmo przymusu. Bym nie musiała martwić się licencjatem, pracą, wykształceniem, tym czy rano wstanę, czy się nie załamię... Pewnie każdy o tym marzy. A ja mogłabym mieć szansę to osiągnąć. Dostałam narzędzia, a dalej napierdalam kamieniem w gałąź. To marnotrawstwo.

Ale co, jeśli nie jestem aż tak dobra?...

Mój wódz Goplana

kpina_ze_swiata

Mój blog nagle zrobił się popularny i dowiedziało się o nim dużo osób. Między innymi wspominana tutaj Goplana, która zwróciła mi uwagę na to, że jest tu wyłącznie "wspominana". Z kolei teksty o facetach zajmują większość objętości bloga. I większość mojej objętości.

Rzeczywiście, jeśli o to chodzi, zachowuję się jak straszna baba. Albo nastolatka. Tylko te chłopaki.
Czas więc to zmienić.

Poznałam Goplanę na studiach. Nie na pierwszym roku, choć wtedy zobaczyłam ją po raz pierwszy. Ale tak naprawdę jej nie widziałam, bo miałam za-słoń-ięty świat. Dopiero po rozstaniu zaczęłam się otwierać. Chciałam wychodzić, chciałam szaleć. Goplana okazała się do tego świetnym towarzyszem.
Nie jest jednak pustą lalą, której zależy tylko na tym, by się nachlać i potańczyć. Tak dobrze się z nią bawię, bo ona mnie nie osądza. To sztuka, biorąc pod uwagę moje wybory.

Nie wiedziałam o tym na początku. Dużo o niej nie wiedziałam i jeszcze dużo nie wiem. Ale chciałabym się dowiedzieć.
Z początku jednak pragnęłam życia na pełnym "łiiiiiii!". I eksperymentów. A konkretnie eksperymentów z nią.
Podobała mi się, pobudzając moje lesbijskie ja. Sposób w jaki tańczyła sprawiał, że chciałam się do niej przyłączyć. Zacząć ją całować.
Wciąż patrzę na jej tyłek i nogi. W opiętych jeansach albo krótkiej spódnicy. A kiedy śpi w rozdartej piżamie, nie mogę przestać gapić się na jej piersi, które są drobne, ale pełne i jędrne. Na delikatne wcięcie w talii. Na burzę gęstych włosów. I niesamowite bicepsy, których zawsze jej zazdroszczę.

Zazdroszczę jej siły, którą ma. Nie tylko fizycznej, ale mentalnej. Choć czasem o tym zapomina. Ale ma odwagę, by robić to, co jej się podoba. Nie przejmować się normami społecznymi albo tym, co ludzie pomyślą. Być sobą, szaloną sobą.

Są też chwile, gdy życie ją przytłacza. Jak każdego. Ale ona chce z tym walczyć. Przekopuje się przez problemy, szukając drogi, która wyprowadzi ją z powrotem do światła. Tyle że nie musi jej szukać, bo sama jest tym światłem. I wie o tym, zdaje sobie sprawę, że tylko ona może kierować swoim życiem. I potrafi się zmienić, jeśli zauważy, że tego potrzebuje. Tylko za mało wierzy w to, że to potrafi. Widziałam jednak, jak brała sprawy w swoje ręce i szła naprzód, gdy inni stali w miejscu.

Kiedy zauważyłam to wszystko, nie mogłam już po prostu się z nią przespać. Chciałam ją bliżej poznać, rozmawiać z nią. Wyrzec się mężczyzn i zamieszkać z nią i naszą gromadą kotów i psów. Zobaczysz, jeszcze tak będzie.

Dlatego mogę jej powiedzieć wszystko. Nie przyznałam jej się do historii z kupą i teraz ma o to do mnie pretensje. Bo to oznacza brak zaufania. Następnym razem gdy się obsram, to ją o tym poinformuję.

Cieszę się, że jest przy mnie. Że stara się rozumieć pewne rzeczy, nawet jeśli ich nie akceptuje. Że przelewa na mnie trochę swojego dobra, łagodząc moje zło. I opierdala mnie, kiedy moja żarłoczna dupa chce mieć w sobie wszystko.

Dziękuję Ci, Goplano, za to wszystko.

Pierwsza świeczka.blox

kpina_ze_swiata

Strzelam focha! Gdzie kwiaty, bombonierka, kosztowna biżuteria, bielizna i seks huśtawka?
Właściwie powinnam obrażać się sama na siebie. Bo to ja zapomniałam.

Mamy rocznicę. Ja i Kpina.
Dokładnie szóstego sierpnia pojawił się na moim blogu pierwszy wpis. Pokłosie tego, że niecały tydzień wcześniej zerwałam ze swoim trzyletnim chłopakiem, Słoniem.
Nie był to dla mnie łatwy okres, choć to ja doprowadziłam do zerwania. Zwracając mu uwagę, że między nami nie jest już ani gorąco, ani też zimno, tak nijak. Zdaliśmy sobie wtedy sprawę, że właściwie się już nie kochamy. I nie ma sensu tego ciągnąć.
Nawet gdy teraz o tym piszę, mam łzy w oczach, choć wiele się od tego czasu zmieniło.

Po pierwsze założyłam bloga. To stało się pierwsze, kiedy wyłaziłam z marazmu pozostania samej. A także z trzyletniego marazmu pozostawania w tym samym, wygodnym miejscu.
Blog ten stał się dla mnie miejscem, gdzie mogłam uporządkować myśli rozbiegane tak, jak moje życie. Nie przywykłam do jakiegoś tempa, więc czułam się obco, gdy coś się ruszyło.

A ruszało się. Do przodu, do tyłu, do góry i na dół. Otworzyłam bezpłatną autostradę między moimi nogami. Z możliwością przejechania przez obwodnicę między pośladkami. Wiem, to żadne osiągnięcie. Ale mnie pchnęło (dosłownie!) do przodu. Poza tym bardzo tego chciałam, a brak tego przeszkadzał mi w związku. Potrzebowałam tej odrobiny szaleństwa, rozchylania by się otworzyć. Na życie, na świat.

Zaczęłam wychodzić. Tańczyć. W życiu bym się o to nie podejrzewała.
Dzięki temu nawiązałam przyjaźnie. Dwie. I jedną odnowiłam. Konkretnie z dawną znajomą Słonia.

Straciłam też dwie koleżanki. Jedną z własnej woli, bo kłuła mnie jej tępota. A druga... cóż.
A drugiej odbiłam chłopaka.
Nie jestem z tego dumna. Ale czy żałuję? Nie. Jak mogę żałować, skoro z nim jestem? I ciągle chcę być, mimo kłótni i złości.
Przez chwilę zastanawiałam się, jaki to ma sens, skoro tak bardzo się nie rozumiemy, pragniemy innych rzeczy. Myślałam o tym, że byłoby znacznie prościej, gdybyśmy się nie kochali. Że ta miłość wszystko psuje.
Debil ze mnie. Bo w rzeczywistości jest odwrotnie.
Chodzi o miłość. Tylko o to. Za dużo myślałam, analizowałam. Za bardzo chciałam go zmienić, zamiast przypomnieć sobie, że kocham go właśnie za to, jaki jest. I pozwalać mu rozkochiwać mnie w sobie, właśnie byciem sobą. Tak jak pozwoliłam na to, gdy jeszcze spotykał się z moją przyjaciółką.
Ona też na tym źle nie wyszła. Miśław dostał niedawno wiadomość od chłopaka, którego Pierduśka poznała kilka lat temu w sanatorium. Wtedy kiedy spotykała się już z Miśławem. Przez kolejny rok opowiadała mu o tym gościu. A teraz co? A teraz on mu dziękuje, bo w tej chwili ona jest "we właściwych ramionach". Zdanie tak piękne, że aż kobiece...
W gruncie rzeczy, w tej historii wszyscy jesteśmy chujowym materiałem na partnera. Ja odbijam chłopaka przyjaciółce, Miśław rzuca dziewczynę dla innej. Pierduśka szuka sobie zapasowego chłopaka, a tamten jest pipa, bo skoro ją kochał, powinien o nią walczyć.

Też przez chwilę spotykałam się zapasowym facetem. I wiesz co? Był pipą. Co drażniło mnie tak bardzo, że teraz przez to będę smażyć się w piekle. Bo z dnia na dzień urwałam kontakt. I usunęłam go z Facebooka, po tym jak złożył mi życzenia urodzinowe. Jako nieliczny.

Sądzę, że zraniłam tak dwóch facetów, choć mogę się mylić. Albo staram się w to wierzyć, bo ten drugi był twardy i nie musiał aż tak tego przeżyć. Nie był pipą, o nie. Podobał mi się. Tylko najgorsze w tym wszystkim jest to... że odcięłam się od niego, bo był kiepski w łóżku. I przyjaźnił się z innym moim kochankiem. I cały czas go okłamywałam i nim manipulowałam. To był dziwny okres w moim życiu.

Bo teraz już nie pragnę marionetkować ludźmi. Nadal to robię, ale to już nie z mojej winy, to moja pojebana psychika. Jak można mieć pretensje do pojebanej psychiki?
Właściwie można. Ja mam. Bo wmówiłam znajomym z pracy, że mnie lubią. I że ja je lubię. Teraz chcą ze mną wychodzić na siłownię. I na wódę. Zwierzają mi się i są dla mnie miłe. Koszmar.
Jestem aspołeczna. Introwertyczna, z rzadkimi epizodami ekstrawertyzmu, szczególnie w kroku. Lubię siedzieć w domu. Albo wychodzić gdzieś samotnie. Potrafię zorganizować sobie czas. Radośnie się pocę i stękam, bez użycia drugiej osoby. Nawet jeśli źle używam maszyn do ćwiczeń.

Mam dosyć udawania, że jestem fajna.
To był jeden z powodów, dla których postanowiłam rzucić pracę. Znaleźć inną.
I zrobiłam to.
Miśław bardzo mi pomagał. Polecił mi wysyłać CV gdzie tylko się da.
Mój życiorys wylądował w rękach jakichś trzydziestu rekruterów. Odpowiedziało mi siedem firm.
Od szesnastego sierpnia idę gdzie indziej. Gdzieś, gdzie będę siedzieć z pomalowanymi paznokciami i dużą biżuterią, bez strachu, że wpadnie komuś do soku. A wszystko to na umowę o pracę.
Moja aktualna posada mnie już zmęczyła. To, co się tam wyrabia. Wszystkie ploty, psychiczne niszczenie pracowników przez "kolegów". Przyjemna atmosfera przed oczami i kamerą, a za plecami i ścianami zaplecza obgadywanie. Każdego, na każdy temat.
I to co każą nam wyczyniać przełożeni, za niecałe dziesięć złotych za godzinę. Ciągłe pretensje o to, że nie ma ruchu. Co powinnam zrobić? Łazić topless z cyckami zasłoniętymi tacą z jogurtem? A zapłatę zbierać do stringów? I musiałabym szwendać się tak po ulicy, bo od paru miesięcy centrum handlowe jest puste.
I to też męczy.

Dlatego po raz drugi zwalniam się z tej samej pracy. Tym razem naprawdę. Bo tym razem naprawdę potrzebuję wolności, by nie czuć się jak w więzieniu.
Tak samo zresztą czułam się w innej robocie, którą podjęłam w międzyczasie. I którą po miesiącu bez żalu rzuciłam.
Pierwsze zdobycie i pozbycie się pracy stanowiło dla mnie nie lada osiągnięcie. Dowiedziałam się wtedy, że mam w sobie siłę i odwagę by zmienić to, co mi się nie podoba, by w ewentualnej przyszłości nie trwać w związku z pięścią czy wypłatą za strach.

Z ta wiedzą mogłam już pójść na siłownię, nie na fitness. Skorzystać z maszyn tortur, które nienawidzą mojego ciała, nie obawiając się, że wyglądam przy tym jak idiota w maśle. Dałam też radę wyjść z zajęć "płaski brzuch i stretching", bo moje serce uznało, że prowadzący je trener jest kutasem. To niby nic takiego, ale ja czuję się dumna z siebie. Bo poprawiła mi się moja pewność.

Tak, zmieniłam się przez ten rok. Jestem mniej zamknięta w sobie i w swoim narcyzmie. Zaakceptowałam fakt, że nie powalam inteligencją ani dobrem. Jak również to, że nie zdegenerowałam się do reszty. Pragnęłam tak myśleć w okresie, gdy moje wnętrze podpalało wszystko w okół, czerpiąc z tego nerońską przyjemność.

Nie udałoby mi się to wszystko, gdybym nie roztrząsała tu źródła tego płomienia. I wypalenia.
Może nie jestem teraz lepsza. Może moje życie aż tak się nie zmieniło. Ale czuję się dobrze. I to się liczy. Średnia: dobrze, szczęśliwie.
I to również Twoja zasługa. I każdego mojego czytelnika. Bo jesteś tu ze mną, bo mnie wspierasz, bo niejednokrotnie udzielasz mi rad, na które sama bym nie wpadła.

Dziękuję Ci za to. Wiem, że często zniechęcałam Cię swoim marudzeniem albo milczeniem. Ale jeśli to czytasz, to znaczy, że jesteś ze mną.
I tyle mi wystarczy, by z optymizmem patrzeć na kolejny rok...
IMG_20160810_120745

Moja praca to rura

kpina_ze_swiata


Wieści z frontu! Tylko cholera wie kto tu jest moim wrogiem: przełożeni, współpracownicy, klienci? A może wszystko? Podłoga, która lepiła się pomimo czterokrotnego zmywania - to chyba wina mopa, śmierdzącego jak stare skarpety. Wczoraj Królowa Trutni kazała mi przestać wyrzucać spleśniałe maliny, bo "jeszcze nikt nie zauważył, a trzeba minimalizować straty".

Ale to tylko błahostki. Liczy się to, że niechcący trafiłam na Facebooku do grupy, zrzeszającej dziewczyny z siostrzanego punktu. Grupa ta powstała po to, by nabijać się z Królowej Trutni.
Która zostanie managerem.

Dotychczasowy szef przechodzi gdzie indziej. A Królowa wreszcie otrzyma władzę, którą już dawno sobie przyznawała.
Jak dowiedziałam się od "koleżanek", nie zdobyła tej posady ciężką pracą, wytrwałością czy nawet lizusostwem. Raczej odwrotnie. Ktoś ją wylizał.

Po kolei. Sama ona opowiadała mi o swoim "drugim". O facecie, z którym się widywała, choć ma chłopaka. Nie zerwie z nim jednak, bo z nim mieszka i on płaci większość czynszu. Więc... chyba jednak go kocha. A poza tym ze Swoim Drugim tylko się całowała.
Do czasu.
Pewnego dnia zadała mi pytanie, czy coś przed seksem liczy się jako zdrada. A konkretnie czy mineta się liczy.
Pytanie mnie o takie rzeczy ma ewidentnie jedno na celu: usłyszeć "nie jesteś szmatą". Jeśli ktoś zna moją agnostyczną moralność - a znają ją wszyscy, bo się jej nie wstydzę - wie, że nie mi kogokolwiek osądzać. Chociaż dla mnie nawet całowanie to zdrada. A całowanie się podwójnymi wargami, to już jest kurewstwo.
Oczywiście, nie powiedziałam jej tego. Sztuka zdobywania sojuszników polega na umiejętności mówienia ludziom tego, co chcą usłyszeć.

Mówię więc co innego facebookowej grupie i dzięki temu dowiaduję się, kto tak lubi kwaśne lizaki.
Podejrzewałam już to wcześniej, ale nie chciałam wierzyć. Nie podobała mi się ta myśl i odsuwałam ją od siebie. Ale to prawda. Królowa podobno sama się komuś przyznała.
Że Jej Drugim jest nasz manager...

Teraz nietrudno zrozumieć, czemu jej awans wywołał we wszystkich takie zgorszenie.
Są też inne powody. Na przykład to, że nie jest najstarsza stażem. Że ma beznadziejny kontakt z resztą ekipy i nikt nie chce, by nami rządziła. A rządzić to ona umie. Rządzić się. I tylko się, bo inni jej tron mają za stolec.

Nie chcę pracować pod nią. Przyszłyśmy do pracy w tym samym momencie. Nie umiem brać jej na poważnie. I bez wkurwu.

A poza tym teraz to już na pewno zrobią ze mnie kierownika.
Nie ma. Kurwa. Szans.
Nie chcę być na świeczniku za siedemdziesiąt groszy więcej.
Już wysłałam parę CV. Stojąc za ladą, kiedy od dwóch godzin nic się nie działo.

A w dodatku (to już chyba dziesiąty dodatek, gdybym zaproponowała tyle klientowi, musiałabym wydać mu jogurt w wiadrze, bo nie zmieściłby się w kubku) ostatnio wymyślili u nas świetną opcję dla osób, którym się spieszy - szklane butelki, do których przelewamy soki na wynos! Kolejny wspaniały pomysł Pani Prezes od Durnych Inicjatyw, które Przychodzą do jej Durnej Główki z Nudów i w Ramach Emancypacji od Bycia Kurą Domową!
Tak czy siak, informacje na temat tych kretyńskich butelczyn poszły kilkoma torami. I pewnego dnia Pani Prezes przylazła do mnie z nud, eee, w celach sprawdzenia postępów pracowników i zmotywowania ich do efektywniejszego sterczenia. I zapytała, dlaczego do jednej z tych butelek nie wlałam soku.
Nikt mi o tym nie powiedział. Nikt. Co natychmiast przyznałam Pani Prezes.
Sprawa rozeszłaby się po kościach. Gdyby nie Królowa Trutni.
Powiedziała mi, że Pani Prezes się to nie spodobało, bo uznała, że kłamię jej w żywe oczy. Bo przecież wiadomość o tym była na Facebooku.
Nie było. Pojawiło się tam co innego. A co innego manager wysłał mailem. Do kierowników. Mam teraz ochotę napisać komentarz pod tym postem, bo czuję się jak gówno. Choć nie zrobiłam nic złego.

Cóż... na tym chyba polega praca, czyż nie?

© Jestem nudna i dobrze mi z tym!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci