Menu

Jestem nudna i dobrze mi z tym!

I piszę nie przejmując się słowami...

Statysta życia

kpina_ze_swiata

Pozwoliłam sobie wczoraj na pijacki wpis. Tak, pozwoliłam. Bo nawet kiedy puszczają mi hamulce, to cały czas jadę na emocjonalnym ręcznym (i dosłownym też, bo nie mam faceta). Cały czas jestem pozapinana, zamknięta, niepewna. Ale staram się to zmieniać. Nauczyłam się tego głównie od Goplany, która potrafi wejść na zmywak, podnieść koszulkę i pokazywać wszystkim brzuch mówiąc "Ale mi Kryśkę wydęło". Swobodnie opowiada o tym, że kiedyś była pustakiem, albo że zdarzyło jej się naćpać i zostawić majtki na placu zabaw. Raz, ale pamiętny, choć zamazany. Mówi o tym bez wstydu, bo, jak twierdzi, kiedy sama o wszystkim rozgada, nie będą na jej temat chodziły żadne plotki.

Podoba mi się takie luźne podejście do życia. Jest prostsze. I sprawia, że ludzie naprawdę chcą Cię słuchać. Bo widzą twoją szczerość, bardzo łatwo, instynktownie wyłapuje się fałsz. Nikt nie chce się zadawać z kimś fałszywym. Nawet jeśli ktoś okłamuje sam siebie.
Dla mnie to wciąż nowe podejście, przyznawać się do swoich emocji. A na blogu jest to dla mnie szczególnie trudne, bo wiem, że może to trafić do niepowołanych dusz. I to nie tak, że nie umiem być z tymi duszami szczera. Po prostu martwię się, że prawda może je zaboleć.

Takie bezstresowe sunięcie przez świat objawia się też w innych rzeczach. Ostatnio przyszłam do pracy bez stanika. A kiedy szłam po prasę - muszę ją przynieść z Empiku - wzięłam ze sobą kubek z herbatą. To takie trochę woodstockowe życie. Podoba mi się.

Teraz już sama chcę utrzymywać i zacieśniać więzy z ludźmi. Otwierać siebie na nich i wpuszczać ich do siebie (choć już nie dosłownie). I czerpać z tego radość.
Choć robię to trochę źle.
Wspominałam już pewnie o tym, że na pierwszym roku studiów przeszłam załamanie nerwowe. Być może wtedy tak tego nie określiłam, bo nie potrafiłam, a także wstydziłam się nazwać to wprost. Ale wszystko na to wskazuje. Wyszłam z tego bez pomocy lekarzy, więc to raczej nie depresja. Jednak coś niedobrego działo się w mojej głowie i w moich uczuciach. Stwarzało to taki dyskomfort, że stopniowo pozbywałam się wszystkich tych uczuć. Aż nie czułam już nic.
Ocknęłam się z tego pewnego dnia - nie potrafię dokładnie określić kiedy, sądzę, że stanowiło to raczej proces wielkiej walki z samą sobą. Niewiele jednak z tego pamiętam, mój mózg to wyparł. A może po prostu nie mam czego pamiętać, bo tak jakby przestałam wtedy istnieć? Tak czy siak udało mi się z tego wykaraskać. Najpierw pomogły mi ćwiczenia. To czysta biologia, podczas wysiłku wytwarzają się endorfiny, endorfiny dają poczucie szczęścia. Ćwiczyłam więc ile wlezie. Zainteresowałam się swoją dietą, bo niezdrowe pożywienie również wpływa na nastrój.
Zaczęło się to zmieniać w obsesję. Bez przerwy myślałam o tym, co zjem za trzy godziny i która to konkretnie będzie pora. Co powinnam wyeliminować z diety. Kiedy zrobię kupę. Tak, to non-stop zajmowało moją głowę. I dobrze, bo wcześniej nic się tam nie znajdowało. Nie myślałam o niczym, bo kiedy sobie na to pozwalałam, zaczynałam płakać. Bez żadnego konkretnego powodu i właśnie to mnie tak przerażało. Że nie mam powodu by cieszyć się, by się smucić, by żyć.
Potem znalazłam sobie pasję. Wróciłam do starych zainteresowań. I to samo z ludźmi - odnowiłam przyjaźnie, nawiązałam nowe. I teraz już nie boję się pustki.

O ile mam jakieś zajęcie. I o ile spotkam się z kimś przynajmniej raz w tygodniu. Czasami martwię się tym, jak poważnie to traktuję, jakie tabelki tworzę w głowie. Podliczam sobie przyjaciółki i gdy się z nimi zobaczę odhaczam je z listy. Zaliczona, czas przejść do następnej.
Czynię tak ze strachu przed powrotem do Pustki. I choć spotkania z dziewczynami, w ogóle z ludźmi dają mi mnóstwo autentycznego szczęścia, to nie chcę robić tego z przymusu. Prowadzić statystyk.

Może po prostu za bardzo się tym przejmuję. Po pewnym czasie zaczęłam wychodzić na rower bez włączania Endomondo, by sprawdzić ile kalorii spalam. Potrafię też czasem po prostu z nikim się nie umówić i spędzić czas w domu, lepiąc koty, bez poczucia, że staję się żałosna. Coraz rzadziej zdarza mi się panikować, że oto nadciąga piątkowy wieczór, a ja nic sobie nie zaplanowałam. Nie muszę się już ruchać, by wypełnić tę pustkę, ponieważ tej konkretnej pustki już we mnie nie ma. I tylko czasem się upijam, korzystając z faktu, że jestem sama w domu. Nie po to, by o tym fakcie zapomnieć.

A jednak zdarza mi się. Myślę o tym. Przejmuję się. Piszę o tym wpis.
Boję się...

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Magda] 95.102.12.*

    Kpino,gdzie jesteś...
    Przeczytałam całego twojego bloga.Niesamowicie mnie wciagnął, po 2 dniach nie miałam już czego czytać.
    Jedyne co jest dla mnie odpychające w twojej osobie to sytuacja odbicia chłopaka twojej "przyjaciółce".Tego NIE WOLNO robić. Nigdy.
    I smuci mnie fakt że o twoim blogu dowiedziały się osoby które znasz.Czy to cię w pewien sposób nie zaczęło ograniczać w swobodnym wylewaniu swoich myśli/uczuć na ekran komputera?

© Jestem nudna i dobrze mi z tym!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci